Lubię jeździć na Radocynę, to jest strasznie fajna baza, taka trochę inna. Kolejny przystanek tego lata z serii: wakacje prawdziwe :) To tylko weekend, ale jakoś człowiekowi się wydaje, że jak siedzi się pod wiatką czy na piwie u pani Wioli, to to jakoś dłużej trwa niż dwa dni. Choć w sumie chętnie bym sobie tam dłużej pobyła. Takie szwendanie po okolicy, wprawdzie bez roweru niestety, ale mimo to fajne i leniwe :)
Rekonwalescencji ciąg dalszy. Tym razem zawiało mnie do stolicy. Przy okazji koncertu można było zrealizować kilka warszawskich planów. Centrum Nauki Kopernik - zachwiciło mnie! Uwielbiam takie miejsca. Takie nauki przyrodnicze w praktyce zawsze są fascynujące. Niby to dla dzieciaków, ale te większe dzieci bawią się tam wyśmienicie. Zajżeć tam muszę na pewno jeszcze raz, bo wszystkiego na raz nie sposób wchłonąć

W deszczową sobotę zaatakowane zostało Muzeum Powstania Warszawskiego. Dla mnie po raz drugi, ale takie muzea można odwiedzać w nieskończoność. Na dokładkę jeszcze było nowe i nowoczesne Muzeum Chopina, które powala swą multimedialnością i jak na muzeum biograficzne nieźle się broni.
Słoneczna niedziela za to pozwoliła na działania ałtsajdowe, więc na dzień dobry pobieżyliśmy żwawo z pielgrzymką programową do kaplicy PTTK na Chomiczowce... No może nie będę się tu rozwodzić nad zawartością. Ale po wyjściu stamtąd zgodnie stwierdziliśmy, że skondensowana dawka krajoznawstwa była tak ogromna, że pozostaje już tylko iść na piwo... Ale zanim doszliśmy, to jeszcze zahaczyliśmy o tęczę, premiera i Łazienki, a potem odwiedziwszy Wiejską, wyjechaliśmy na Pałac Kultury widok podziwiać - najładniejsze i tak było rondo z żółto-czerwonymi tramwajami.
Na takie koncerty po prostu trzeba jechać! Koniecznie! Metallica by request na Stadionie Narodowym! Koniecznie! A wszystko przez moją Mamę! Bo to ona na hasło: Metallica gra w Wawie, opowiedziała: jedziemy! No to pojechałyśmy. I tak samo jak dwa lata temu na Bemowie było absolutnie miażdżąco. Tym razem wrażenie jeszcze większe według mnie, bo sam stadion też dodał klimatu koncertowi. Absolutnie fantastyczny kawał perfekcyjnego, muzycznego przedsięwzięcia! Produkcja, światło, dźwięk... i Metallica sama w sobie. Jest niewiarygodna moc! Naprawdę!
Huuraaa!!! Wakacje! No właśnie wakacje i co z tego? Wielkie przygotowania, wielka spina, jedziemy tam, tam, tam i tam... Koło lutego jeździmy palcem po mapie, w kwietniu zbieramy ekipę, kupujemy bilety, pod koniec maja uzupełniamy sprzęt, na przełomie czerwca i lipca wysypujemy wszystkie super potrzebne rzeczy na środku pokoju i zastanawiamy się jak to upchać w jeden plecak. Potem rozmyślania czy aby jest to co potrzebne i niezbędne, czy czegoś nie jest za dużo, czegoś za mało. Wszystko perfekcyjnie zaplanowane, chwila przyjemnego stresu tuż przed wyjazdem i wsiadamy w pociąg, samolot, samochód... ufff... jedziemy... w końcu!
A może by tak na spontana? Bez żadnych planów, wyobrażeń precyzyjnych przygotowań... Bo znajomy nagle zadzwoni, bo ktoś na jakimś forum napisze, bo promocja na tanie bilety lotnicze, bo jakiś niespodziewany urlop, bo ktoś nam w planach namieszał, bo brakuje pomysłu... Bo po prostu wychodzimy na wyjazdówkę z miasta z kciukiem do góry...
Jak wolicie? Jakie wakacje są bardziej Wasze? A może czasem tak, czasem tak? Może zależy jaki wyjazd? Jaki mamy cel i ile wolnego? Jeżeli wybieramy się w dalekie, wysokie i trudne góry miejsca na spontaniczność jest niewiele. Trzeba być przygotowanym fizycznie, sprzętowo, logistycznie. Ale jeśli po prostu przychodzi nam ochota, żeby się zwyczajnie gdzieś bliżej lub dalej poszwendać, to czemu nie? Można to zrobić z dnia na dzień, nawet z godziny na godzinie. Może właśnie w tym numerze znajdziecie, Drodzy Czytelnicy, jakiś pomysł czy kierunek, w który można się udać jeszcze tego lata?
Ja osobiście tego lata preferuję sielski, anielski, krzaczasto-karpacki spontan z przygodami! Tylko pozytywnymi przygodami oczywiście!
Rower! Rower! Rower! Rower! Rower! Rower! Dziś pierwszy raz od dokładnie miesiąca rower! Tylko do pracy, ale zawsze to rower! Rower! Rower! Rower!:D Choć do roweru w lesie jeszcze daleko...
Bardzo lubię Trójmiasto! Uważam, że jest to świetna przestrzeń do życia, a i turystycznie, wakacyjnie jest to miejsce na mapie z ogromnym potencjałem, nie tylko wczasowo-plażowym. Jak za klasycznie nadmorskimi, burżujskimi wakacjami nie przepadam rzecz jasna, to takie kilka dni nad trójmiejskim morzem jest super! Już po raz drugi i pewnie nie ostatni stwierdzam, że to lubię :)
Koncert, mecz, chwila leżenia na plaży, chwila chodzenia po plaży, mniam rybka, mniam gofry, bałtycka kąpiel, plaża nocą, spacer po Gdańsku, spacer po sopockim i orłowskim molo, spacer po nadmorskich lasach. Trzy dni fajnego wakacjowania, bez nudy i przymusowego smażenia się :)
Takie inne wakacje, których mi zwyczajnie czasem brakuje, poza tym rowerowo-bazowo-górsko-hardkorowym działaniem. Fajnie się poskładało, bo łokieć mi chwilowo na jakieś insze szaleństwa nie pozwala, więc wykorzystuję czas właśnie tak - jakże przyjemnie! :)


Mecz bardzo ładny, no może z wyjątkiem pierwszego seta. Irańczycy świetnie bronią i miejscami grają sprytnie, tak ciut po babsku i zdobywają tym zaskakujące punkty - choćby piękny dyszel w pusty 8. metr. U nas trochę Wlazły nabruździł z zagrywką, ale potem odpracował atakiem i nie było bloku. Ładne pajpy Winiara i Buszka, no i środek, jak zwykle ostatnio super. Drzyzga coś nie do końca błyszczał chyba też. Ale w efekcie serducho na boisku i mecz wygrany!
Drugi mecz z Iranem też wygrany, choć ja sobie tylko relacje mogłam poczytać. Niestety Włochy prezentu nam nie zrobiły, z Brazylią nie wygrały i nie jedziemy na Final Six do Florencji przez to :( Teraz tylko do MŚ! :D
Bo w zasadzie to chodziło głównie o to! Zaczęło się od krótkiego smsa, gdzieś w lutym: Nataszka, nie pojechałabyś ze mną na koncert Pearl Jam? Odpowiedź była szybka i prosta: pojechałabym :)
Nigdy nie byłam wcześniej na tym sławnym i cieszącym się dobra prasą festiwalu, gwiazda zacna, więc czemu nie? Trójmiasto lubię, z plażo-krajoznawstwem połączyć można, a i zupełnie przez przypadek nasi w Ergo Arenie akurat mecz LŚ grają. No idealne połączenie!
Koncert fantastyczny! Perfekcyjnie zagrany, zaśpiewany i wyprodukowany! Pearl Jam, to Pearl Jam! Trudno opisać, streścić i wyrazić!
A sam festiwal? Moim zdaniem perfekcyjny, jeśli chodzi o organizację i logistykę. Nawet toalety były czyste i bez kolejki, a autobusy nieprzepełnione. Warto! Oj, warto było!
Tegoroczne rozbijanie bazy na Gorcu to niewiarygodna amplituda nastrojów - od totalnej frustracji i załamania, po wielką radochę :)
Jeszcze w czwartek było zagrożenie, że zostanę z kupą szpejstwa na dywanie swojego pokoju, a rozbijać nikt nie przyjedzie. Ale jedna rozmowa, jeden telefon, jeden mail i jeden post na fejsbuku sprawiły, że nagle gorcowy świat miał szanse stać się cudownie piękny. Do kompletu w piątek przyjechały dwa nowiutkie NSy, zdążyły na czas, więc nic tylko się spakować i jechać.
Ekipa tych, na których ZAWSZE można liczyć z kilkoma fantastycznymi niespodziankami stawiła się gotowa do pracy. Dziękuję! Pomogła pogoda, która szczęśliwie postanowiła być piękna. Dzięki temu udało się szybko i sprawnie postawić bazę w całości. Są nowe NSy, nowe tropiki do Hawajów i Skautów, wyprane koce, piec stoi, kibel wykopany, wszystko inne w porządku najlepszym :)
To już 7. sezon prowadzenia bazy przeze mnie i Pestka. Właśnie uświadomiliśmy sobie, że przez ten czas udało się nam wymienić cały "gruby" sprzęt!
A do mnie dotarła jeszcze jedna rzecz - właśnie mi stuknęło 25 lat odkąd pierwszy raz "bazowałam" na Gorcu :)
Już tradycyjnie w długi weekend bożocielny spływamy! Spłynęliśmy i tym razem! Rzuciliśmy perły na Wieprz, rzekę Wieprz. Było kilka zwrotów akcji - jechać, nie jechać, z gipsem czy bez, ale się udało i popłynęliśmy radośnie w sześć kajaków ekipą Pięknych Syren Dziobowych i Dzielnych Wioślarzy!
Rzeka całkiem ładna, łatwa, kręta, niestety brzegi zabagnione i szuwarami zarośnięte, więc z przybijaniem nie było nalepiej, no i komarów dzikie hordy. Jak to na spływie było trochę siatkówki plażowej, niestety beze mnie :( I tu absolutne gratulacje dla Jaszczowa za rewelacyjną przystań kajakową i ośrodek sportowy z super profesjonalnym boiskiem do plażówki! Był slak! Ha! Udało nam się też przypomnieć, jak to się w gumę skakało! Będziemy skakać jeszcze! Odbyły się również emocjonujące regaty o Perłę na Wieprzu ;D
Lubię Lubelszczyznę! W tym sezonie dawkę zapodałam sporą i bardzo mi się tam podoba :) A za rok? Hmmm, się zobaczy... Może Mała Panew?
- wiosłować - mogę - cztery dni w kajaku :)
- grać w siatkówkę - nie mogę - kilka odbić - zły pomysł :(
- grać na gitarze - mogę - preferowane smęty :)
- skakać w gumę - mogę :)
- jeździć na rowerze - jeszcze nie wiem - jutro spróbuję ;)
- grać w siatkówkę - nie mogę - kilka odbić - zły pomysł :(
- grać na gitarze - mogę - preferowane smęty :)
- skakać w gumę - mogę :)
- jeździć na rowerze - jeszcze nie wiem - jutro spróbuję ;)
Cześć i chwała całej ekipie, która mnie - inwalidę zniosła i jeszcze dzielnie pomagała!
Kołowy wyjazd integracyjny, już trzeci, dziwnie niepopularny, więc sympatycznie kameralny. Pojechaliśmy na Roztocze, krajoznawstwo autokarowe pouprawiać. Różnorodnie i ciekawie z deszczem w kratkę. Fajna ta część Polski! W sumie, która część Polski nie jest fajna? Ostatnio odnoszę wrażenie, że gdzie by sie człowiek nie zapuścił, to zawsze cosik interesującego znajdzie.
Były drewniane kościółki i cerkiewki, hardkor historyczny w Bełżcu, miastówki zamojska i lubelska, chrząszcze w Szczebrzeszynie, zwierzęta w Zwierzyńcu, ognicho i cud-miód-prlowskie domki w lesie sosnowym - no wakacje no ;) Ci co nie byli, integrować się nie chcieli, niech żałują!
Były drewniane kościółki i cerkiewki, hardkor historyczny w Bełżcu, miastówki zamojska i lubelska, chrząszcze w Szczebrzeszynie, zwierzęta w Zwierzyńcu, ognicho i cud-miód-prlowskie domki w lesie sosnowym - no wakacje no ;) Ci co nie byli, integrować się nie chcieli, niech żałują!
Zazwyczaj wszyscy psioczą na naszą wspaniałą służbę zdrowia, więc ja dla odmiany uwywnętrznie mój pełny zachwyt nad dobrymi już znajomymi ze szpitala MSWIA na Galla. Oddział ortopedyczno-urazowy wraz z przyszpitalną poradnią i całą zakręconą ekipą z doktorem Liburą i doktorem Jamką na czele są fantastyczni! Przy okazji mojego pokiereszowanego łokcia wylądowałam u nich po raz trzeci. Najpierw była pogruchotana dłoń, którą dzielnie poskładali, potem kolejna kość śródręcza, a teraz ta ręka. Szybko, sprawnie i śmiesznie :) Sensowne podejście do pacjenta i porządna, sprawna robota. Zero zastrzeżeń, same pozytywy! Jak ktoś, odpukać potrzebuje, to polecam!
Zszokowało mnie i prawie spadłam ze stołka, jak 5 dni po złamaniu i zespoleniu łokcia, mój gips wylądował w śmieciach, a podstawowym zaleceniem było: ruszać tym! Nieważne, że boli - ruszać!
A! I ortopedia w szpitalu w Nowym Targu też bardzo sympatyczna :)
40 lat Pracownij Krajoznawczej przy OA PTTK w Krakowie! Tyle stuknęło! I z tej okazji dzielna cHanka wymyśliła, stworzyła i zawiesiła rewelacyjną wystawę okładek pism turystycznych z czasów PRL-u. Mjuut! Klimacik jest przedni! Wystawę trzeba było uroczyście otworzyć, było winko, zielony tort i oddziałowe oficjelstwo ;) No taka mała imprezka w Bibliotece Wojewódzkiej. Jak ktoś będize przechodził, to zapraszamy do oglądania! Wisi do 15 lipca, na I piętrze w lewym skrzydle.
Ano tak się trochę przykleiłam do ekipy fotograficznej „Zatrzymać
Czas”. Fajne rzeczy focą, sporo potrafią, uczyć się jest od kogo. Nurek na nocno-poranne
plenery w górki już mnie kilka razy wyciągał, ale się generalnie nie składało. Chwilowo
dysponuję większą ilością czasu, więc w końcu udało się z premedytacją nocy nie
przespać. Pierwsze pomysły były na wierzchołek K3, ale potem nam się
pozmieniało. W efekcie K3 były, ale z dołu, ze Sromowiec z gwiazdami „w kółko”
w pakiecie. Pierwszy raz taką fotę robiłam i powoli zaczynam łapać o co w tym
chodzi. Na pewno powalczę z gwiazdami jeszcze nie raz!
Gdy jutrzenka zaczęła na nas wyglądać nieśmiało
przetransportowaliśmy się na Grandeus, no bo czy może być lepsze miejsce do
fotografowania? Tu Tatry, tu Pieniny, a tu zachodzący, potężny księżyc w pełni.
Idealnie! I spektakularnie!
Lubię takie akcję, lubię takie focenie, nie lubię być
niewyspana! Na pewno więcej tak podziałamy, bo jest moc w porannych mgłach! Efektów więcej tu!
W końcu cosik mi się zaczęło lepiej jeździć. W czwartek bardzo fajny, spontaniczny Lasek Wolski, w piątek objazd trasy DH w Kluchach przed zawodami. Udało się zjechać, to co trudne, z jedna konkretną glebą, ale udało się. W sobotę zawody... Coś nieswojo na starcie było... Pierwsze trudne kamienie ładnie przejechałam i z radości tak się rozproszyłam, że wygrzmociłam zaraz potem na równej drodze...
Złamany łokieć prawej ręki, SOR w Nowym Targu, operacja, drutowanie, gips... extra... uziemienie na długoooo. Wszystko generalnie do kitu... Przerwa od roweru, przerwa od siatkówki, tylko zostaje spacerowanie i myślenie nad nie wiadomo czym. Ech no!
Jak moją rękę kroili, to Aga swej ręki do mojego szkła użyczyła i foty na zakończenie zawodów robiła :)
Edit: ściągnęli mi gips i kazali ruszać! 5 dni po złamaniu! Aaaa, cudownie, za miesiąc na rowerze już śmigać będę!
Jak moją rękę kroili, to Aga swej ręki do mojego szkła użyczyła i foty na zakończenie zawodów robiła :)
Edit: ściągnęli mi gips i kazali ruszać! 5 dni po złamaniu! Aaaa, cudownie, za miesiąc na rowerze już śmigać będę!
Jak człowieka drapnie w nos, to sobie idzie szukać innego kota ;) No to sobie poszukałam. W sobotę znalazłam tego starego, dobrego, co to swego czasu był jedynym w okolicy, a w niedziele takiego co to się nawet ostatnio gdzieś tam szwendał niedaleko.
Wsiadłam w pociąg, jak w ę-pradziejach i pojechałam się sama powłóczyć po górkach między Kalwarią a Wadowicami. Dwie białe plamy w postaci Jaroszowickiej i Bliźniaków zaliczyłam, fajne ściechy i zaskakująco miłe zjazdy znalazłam, interwałowo się zmęczyłam i konkretny lot przeżyłam. Takie latanie w samotności to kiepska sprawa generalnie jest. Miło, przyjemnie i po mojemu :)
A w niedzielę miał być lajtowy trip dla potluczonych, ale wyszło, słusznie w sumie, że na rozjeżdżanie, to wyciąg i bajk park są lepszym rozwiązaniem. Zatem powalczyliśmy luźno na Alinie w Kluszkowcach z małymi dh-próbami.
Podsumowując: z szeroką kierą nawet czasem mjuuut w zakrętach znajduję, trochę zajarzyłam, że prócz dwóch amortyzotorów w rowerze, mam jeszcze cztery własne, a im więcej różnych kotów tym lepiej.
W nagrodę za ciężką pracę i z okazji dnia dziecka, były lody w Nowym Tragu (pyszne, ale Krościenko dalej wygrywa) :)
Kolorowe
farbki bardzo lubią mnie
Kolorowe farbki kiedy je poproszę
namalują szlaki tam gdzie chcę!
Kolorowe farbki w pudełeczku noszę
Kolorowe
farbki bardzo lubią mnie
Kolorowe farbki kiedy je poproszę
namalują szlaki tam gdzie chcę!
Kolorowe farbki kiedy je poproszę
namalują szlaki tam gdzie chcę!
Namaluję znaki w te
największe krzaki
Poprowadzę ciebie w ciemny, gęsty las
A gdy w góry idąc, pytasz:
szlak to jaki?
wiedz, że dziś nie wrócisz
do domu na czas
Poprowadzę ciebie w ciemny, gęsty las
A gdy w góry idąc, pytasz:
szlak to jaki?
wiedz, że dziś nie wrócisz
do domu na czas
Kolorowe farbki w pudełeczku noszę
Kolorowe farbki kiedy je poproszę
namalują szlaki tam gdzie chcę!
Kiedy w góry idę zawsze mam
radochę
maluję na drzewach paski piękne trzy
Strzałki i łamańce,
gdy szlak skręca trochę
na wysoki szczyt
maluję na drzewach paski piękne trzy
Strzałki i łamańce,
gdy szlak skręca trochę
na wysoki szczyt
Szanowne Drzewa uprasza się o rozstępowanie się szerzej! Sie jedzie! Sie skręca!
To coś ma 750 mm! Poprzednie miało 680 mm. To duża różnieca. Ciekawe czy mi rąk nie zabraknie, w sensie na długość. Układ sylwetki się ciut zmieni, bardziej do przodu trochę. No, będzie inaczej w każdym razie. Wszyscy mówią, że lepiej. Że lepiej się prowadzi, że lepiej skręca, że wszystko lepiej :) Sie zobaczy, na razie trochę się boję ;)
Aaaaa, nie powiedziałam w sumie - kierownicę mam nową ;)
Weekend z definicji imprezowy, co wpisało się też idealnie w zapędy szanownej pogody, która z deszczami postanowiła poszaleć. Poszalała tak, że pół Małopolski zalało, a nam w drodze do Gochy nabruździła i most w Kamienicy naderwała.
Świętować było co, bo w końcu ten doktorat z tych nazw tatrzańskich, co to się tworzył tyle i pacy ogrom przysporzył, trzeba było opić. Zatem leniwie, ogniskowo, wiosennie, chatowo, grzankowo. Dużo znajomych, dużo dzieciaków. Miło i przyjemnie :) Przy okazji, spontanicznie w chatkowanie mnie wrobiono, więc chałupę trzeba było ogarnąć.
W niedzielne popołudnie nawet pogoda się zlitowała, pięknym słońcem w wiosenną zieleń przyświeciła i Tatry przecudnie pokazała!
Pożyczyłam fajny obiektyw. Tak trochę na dlużej. Potestować teraz trzeba. Nikomu niepotrzebne foty porobić.























