Sobotni upał pustynny i plaga komarów, to idealne warunki do tego, żeby się wspinać. Zatem z lekkim opóźnieniem w gotowości bojowej (zwłaszcza do walki z insektem) stawiliśmy się pod skałą. Tym razem Zaklęty Mur i Wielka Turnia w Będkowskiej - wspinowo miłe miejsce bardzo. Słońce fundowało samoprysznic, a komary krwawą jatkę, ale wspin sympatyczny całkiem z odrobiną lotów, nie tylko komarzych, dla urozmaicenia. W takich warunkach zespół wspinaczkowy powinien składać się z trzech osób: wspinającej się, asekurującej i broniącej zajadle asekurującego przed tymi wstrętnymi, żądnymi krwi bestiami. Żaden komar na fotografii nie został uwieczniony, bo nie zasłużyl, ale kilka innych obrazków jest, jak zawsze z resztą.
W niedzielę z bólem serca skałowe działanie trzeba było odłożyć i zająć się przyjemnością wyboru firanki i kilku innych przydatnych, domowych gadżetów.
Czasem w Krakowie mieszkania spadają z nieba. No i mi właśnie spadło z wielkim hukiem na łeb. Niezmiernie się z tego cieszę! Wyprowadziłam się z domu!!!!! W końcu! Nareszcie! Wolność! Niesamowite po prostu! Najwyższy czas już był, bo w zasadzie to stara już jestem ;) Nowość dla mnie wielka, rzeczywistość trzeba od początku układać, zaczynając od walki z kurzem i innymi sprzątaniowymi frykasami. Pewnie nowy serial w odcinkach się tu pojawi pod tytułem „Jak sensownie urządzić mieszkanie” ;)
Długi weekend nie w dalekim świecie, zatem jakoś sytuację trzeba było uratować. Dało radę szybko i sprawnie sprawie zaradzić i w przerwie między nieustannym deszczem, w czwartek i niedziele znów w skałach się wylądowało. Tym razem walczyliśmy z Sokolicą w Będkowskiej i z Brzoskwinką. Wnioski kiepskie w dalszym ciagu, ale jak mus, to mus - wspinać sie trzeba...
A w międzyczasie można na skałę i to co obok popatrzeć.
Taka właśnie przyczyna, dlaczego długi weekend czerwcowy był niewyjazdowy odziwo. Jaskóła postanowiła wyjść za mąż i trzeba było jej towarzyszyć :) Oj, było weselicho! A wcześniej jeszcze wieczór panieński i ślub oczywiście. Ślub piękny, panna młoda cudna, pan młody dumny, rodzina wzruszona - idealnie - a potem już tylko ubaw!
Zatem szczęścia i pomyślności tyle ile potrzeba! A historia tych zdarzeń w obrazkach tu.
Dawno tu nic nie było w tym temacie, ale to przez zimę, teraz spóźnione, wiosenne prezenty się Zielonemu należą. Zatem nowe oponki - śliczne semisliki na miasto, nowe klocki, błotniki i koszyk, wyczyszczone i nasmarowane piasty, no i udało się w końcu pozbyć okropnej nóżki. A! i kąpiel szczegółowa :) Chwilę to trwało, a człowiek, jak zawsze w smarze po pachy. Nie znoszę zapieczonych śrub! Jeszcze tylko w następnej kolejności koniecznie trzeba przedni napęd wymienić, ale najpierw muszę narzędzia ku temu wyczarować. Chyba też o centrowaniu kół należy pomysleć. Hamulce i przerzutki wyregulowane i rowerek (prawie) jak marzenie :) Specjalista zazdrośnie z kąta spogląda, ale swoje prezenty już dostał - żądne mojej krwi SPDy i pompkę do amortyzatorów. Reszta nowiutka, więc mu wystarczy ;)
Weekend się zrobił sportowy. W piątek piękne słońce przyświeciło w końcu, zatem w końcu trzeba było Specjalistę odkurzyć i na rowerowanie się wybrać. A wyzwanie wielkie, bo pierwsza walka z SPDami. Popołudnie w Lasku Wolskim było mocne, kilka ciekawych gleb zaliczyłam. Sobota miała być wspino-rowerowa, wyszła tylko wspinowa. Wylądowaliśmy w Kobylańskiej i trochę męczenia skały i się tam było. W niedzielę walkę przenieśliśmy na Pytajniki w Będkowskiej, ale solidna burza szybko nas ze skał wypłukała.
Dwa tygodnie temu przekonałam się, że jednak nie umiem jeździć na nartach, w ten weekend, że na rowerze też nie bardzo, a i ze skałami tak sobie. No bilans maja rewelacyjny... może jednak zajmę się szydełkowaniem...
Ale przynajmniej kilka fot ze skał jest.
Po całym tygodniu odwiedzania lekarzy i zastanawiania się czy zeszłoweekendowe przygody pozostawiły jakiś większy ślad, czy nie, stwierdziłam, ze nie i pojechałam w góry. Przekonałam siebie samą, że oczywiście na narty to nie (a tak ładnie sypnęło w Tatrach...), ale ruszyć się trzeba było. W takich przypadkach zazwyczaj ląduje się na chacie, zatem zupełnie spontanicznie w piątkowy wieczór niewielką ekipką pojechaliśmy do GoChy. A tam klasyka gatunku: grzanki z pieca, kominek, gitarka, baloniki, piękne słoneczko, słodkie lenistwo i cztery przeurocze kociaki... Ciężko było się zebrać w sobotnie popołudnie, ale niespiesznie przez Gorc, gdzie włości przed sezonem doglądnąć należało, udało się doczłapać na Przysłop. Na deser był jeszcze krakowski Pucułowski Stawek, czyli coroczne, kursowe spotkanko ciut inaczej. W niedziele za to wywiało mnie znów z zakopiańskie progi kochane, odmienione i przestronne, ale dalej bardzo kochane :)
Zdjęć tym razem totalny brak, bo pierwszy raz w życiu udało mi się zapomnieć wziąć aparat. A miała być taka piękna, kocia sesja zdjęciowa...
Małe uzupełnienie: kilka gocho-kocich fot się znalazło. Choć nie moje szkło, to przynajmniej mój palec na spuście w większości przypadków wylądował :)
Małe uzupełnienie: kilka gocho-kocich fot się znalazło. Choć nie moje szkło, to przynajmniej mój palec na spuście w większości przypadków wylądował :)
Cudowny, majowy śnieg i sobotnie okno pogodowe zmusiło do wyjazdu w Tatry na wiosenne tury. Padło na Rysy. Godny zjazd - takie moje małe turowe marzenie, więc podejmowanie decyzji dlugo nie trwało. W piątkowy wieczor do Moka, a w sobotni poranek z butofoki do góry. Rysy zostały zdobyte! W moim wykonaniu po raz pierwszy (chyba nawet wstyd się do tego przyznawać ;) Potem miał być zjazd do samego Czarnego Stawu po pięknym, wiosennym śniegu. Jednak scenariusz uległ pewnym zaskakującym zmianom. Obawiałam się tej trasy, bo, jak na moje umiejętności, trudna. Coś w tym było, bo po drugim skręcie coś poszło nie tak... Przewróciałm się i poleciałam. Zatrzymałam się 300 m niżej, spadłam całą Rysę z zawrotną prędkością. Generalnie cud, że żyję! Uratował mnie kask, plecak, który osłonił plecy i mój bardzo pracowity Anioł Stróż. Nic nie złamałam, solidnie się poobijałam, szczególnie twarz. Po chwili dojechała do mnie potwornie zestresowana ekipa. Pogoda nielotna, śmigło nie przyleci, ale mój stan dobry. Po ogarnięciu rzeczywistości zaczęliśmy powoli schodzić w dół. Spod schroniska zabrała mnie karetka do zakopiańskiego szpitala, a tam mocno gburowaty lekarz stwiedzil, że nic mi nie jest...
Chwała wielka chłopakom za opiekę, pomoc i stalowe nerwy!
Pięknie było mimo przygód! Można to tutaj zobaczyć.
Na koniec chwila w Indiach - było ekspresowe, jednodniowe zwiedzanie Delhi. Za pomocą motorykszy udało nam się całkiem sporo zobaczyć - takie szybkie citytour. Po Kathmandu, Delhi nas tak bardzo nie zaskoczyło, choć wrażenie zrobiło wielkie, głównie ze względu na mega kontrasty. Do Indii jeszcze trzeba wrócić kiedyś.
daleki świat,
góry,
góry wysokie
Himalaje z samolotu, czyli ostatnie spojrzenie na góry prawdziwe
15:52Jak w drodze tam takie widoki przespałam, to z powrotem trzeba się było zachwycić podwójnie, a było czym. Himalaje z samolotu w morzu bialych chmur wygladają... niebiańsko.
Jak ktoś przypadkiem nie wierzy, to niech popatrzy!
I jeszcze do kompletu świątynia Bouda - ogromna stupa ze spoglądającym uważnie z wysoka Buddą. A wokół takie jakieś włoskie klimaty. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale takie skojarzenie się nasuwało, nie tylko mnie. Miejsce na tyle sympatyczne, że wróciliśmy tam jeszcze raz dnia następnego, choć w strugach deszczu. Przemoczone chorągiewki wyglądają dość smutno, zwłaszcza na pożegnanie.
Kolejnym naszym celem był Bhakthapur, trzecie miasto w dolinie Kathmandu. Z najlepiej zachowaną starą cześcią, w której nie ma ruchu samochodowo-skuterowego, co sprawia, że jest cicho spokojnie i jakby ładniej. Udało nam się zgubić w labiryncie wąskich uliczek, więc ogladaliśmy tamtejsze cuda w sposób lekko niekonwencjonalny, co jeszcze dodalo uroku calości.
Pojechaliśmy do głównej, katmandzkiej świątyni kremacyjnej położonej nad dopływem Gangesu. Bardzo mocne doświadczenie. Mogliśmy cały rytuał pogrzebowy zobaczyć z przeciwległego brzegu rzeki. Dla niektórych to straszne, obrzydliwe czy przerażające, ale tak naprawdę zupelnie naturalne, normalne i zwykłe, mimo że zupełnie inne (dla nas), jak z człowieka tylko popiół zostaje.
No i Durbar Squer w Kathmandu! Główny plac miasta z całą masą świątyń i pałaców. Takie trochę inne miejsce niż całe Kathmandu. Ciekawe czy ktoś wpadnie dlaczego zrobiłam sobie fotę właśnie w tym miejscu? Chyba nie ;)
Wróciliśmy jeszcze do Kathmandu na kilka dni pouprawiać krajoznawstwo w mieście i jego okolicach. Na pierwszy ogień poszedl Pathan. Drugie po Kathmandu miasto doliny, w zasadzie już wchłonięte przez stolicę. No i się zaczęło zwiedzanie właściwe. Niestety trudno te wszystkie pałace i pagody odróżnić od siebie. No, ale robi wrażenie, robi...
Udało się! Znowu wszyscy w komplecie, trochę inaczej niż planowaliśmy przedostaliśmy się do Pokhary, takiego mega turystycznego kurortu nad jeziorem Phewa. To miało być miejce naszego wypoczynku po trudach górołażenia. No i było: hotel pod palmami z werandą, europejski fullwypas obiad w postaci steka z frytkami, piwo w knajpie z muzyką na żywo i jeszcze kila innych wywczasowych klimatów z rowerowaniem i imprezowaniem na czele. Głównym elementem pokharskiego bytowania miał być wschód słońca z nieziemskim widokiem na całą grupę Annapurny. Wschód był, widok nie bardzo niestety.
No i dobiegliśmy do Darapani, gdzie spotykają się trasy dwóch trekkingów - zejściowa wokół Manaslu, czyli nasza i wyjściowa wokół Annapurny. Tu zaczyna się cywilizacja. Widać, jak bardzo komercyjne są te najpopularniejsze trekkingi. Wioski składają się z samych hoteli i lodży, w każdej biała pościel i prysznic. Niewiele prawdziwego Nepalu tam zostało, który tak intensywnie podziwialiśmy w dolinie Burhi Ghandhaki. I choć pierwszy zachwyt noclegiem na łóżku i ciepłym prysznicem był jak najbardziej szczery, to potem podobało nam się jakby mniej. Zwłaszcza, że towarzyszyły nam dzikie tłumy turystów podążających pod Annapurnę i niesamowity hałas z budowy drogi jezdnej po przeciwnej stronie doliny. No, nie powaliło nas to. I tak się skończyły nasze górskie spacery. Po dwóch dniach dotarliśmy do miejsca, gdzie można było upchnąć się do samochodu i pojechać na spotkanie z resztą ekipy.
daleki świat,
góry,
góry wysokie
Małe zdobywanie, czyli jak wyłaziliśmy na Larke Pass 5200 m n.p.m.
14:31Doszliśmy do Samdo 3800 m n.p.m., ostatniej wioski w górnej części doliny Burhi Ghandhaki, już prawie pod granicą tybetańską. Tu znów miał być aklimatyzacyjny dzień przerwy, a potem właściwe zdobywanie Larke Pass. Niestety okazalo się, że Aga ma objawy choroby wysokogórskiej i jedynym sensownym dla niej rozwiązaniem był powrót. Zatem podzieliliśmy się na pół. Ola, Michał i ja wraz z Ramsingiem i Kamansingiem poszliśmy do góry, reszta zeszła w dół. W takim okrojonym składzie po dwóch dniach w cudnych okolicznościach przyrody zdobyliśmy Larke Pass 5200 m n.p.m! Zaskakująca bardzo była wyjątkowa mizeria śniegowa, raki to sobie tylko podźwigaliśmy bezsensu. Ale jak było pięknie! Jakie góry!
Dzień baaardzo dlugi. Zgodnie stwierdziliśmy, że zdobycie przełęczy to pikuś, zejście do Bimthangu 3800 m n.p.m. to wyzwanie! najbardziej znienawidzona i wyczekana wiosna całej imprezy. Na koniec naszego zdobywania, jako nagroda dodatkowa, były gaje rododenrowe z ostatnimi widokami na białe szczyty.
daleki świat,
góry,
góry wysokie
Samotny spacer aklimatyzacyjny, czyli Base Camp Manaslu 4850 m n.p.m.
14:16W Sama Gompie mieliśmy pierwszy nocleg powyżej 3000 m n.p.m. W celu dobrej aklimatyzacji mieliśmy tutaj dzień restu. A że z takim dniem coś miłego zrobić należy, to wymyśliłam, że sobie skoczę do bazy pod Manaslu. Reszta ekipy postanowiła się polenić, więc wybrałam się sama. Nic to, że zaspałam solidnie. No ale mimo to wybrać trzeba się było. A nuż widelec da radę dotrzeć w sensownym czasie. Zatem przy cudnej pogodzie z widokiem na Ducha Gór wystartowałam z Sama 3500 m n.p.m. Trochę mi się nie chciało, więc plener fotograficzny nad jeziorkiem pod lodowcem Manaslu sporo się wydłużył, potem już tylko do góry. Pogoda zbyt łaskawa nie była i się zachmurzyla, ale co tam. W towarzystwie pękającego po lewej mega lodowca Manaslu wlazłam do zamglonej i sennej Base Camp Manaslu 4850 m n.p.m. Dostałam kubek straszliwie słodkiej herbaty, pogadałam chwilę i pomknęłam z powrotem. Całość imprezy 8 godzin. Zmęczyłam się ciut.