Cudowny, majowy śnieg i sobotnie okno pogodowe zmusiło do wyjazdu w Tatry na wiosenne tury. Padło na Rysy. Godny zjazd - takie moje małe turowe marzenie, więc podejmowanie decyzji dlugo nie trwało. W piątkowy wieczor do Moka, a w sobotni poranek z butofoki do góry. Rysy zostały zdobyte! W moim wykonaniu po raz pierwszy (chyba nawet wstyd się do tego przyznawać ;) Potem miał być zjazd do samego Czarnego Stawu po pięknym, wiosennym śniegu. Jednak scenariusz uległ pewnym zaskakującym zmianom. Obawiałam się tej trasy, bo, jak na moje umiejętności, trudna. Coś w tym było, bo po drugim skręcie coś poszło nie tak... Przewróciałm się i poleciałam. Zatrzymałam się 300 m niżej, spadłam całą Rysę z zawrotną prędkością. Generalnie cud, że żyję! Uratował mnie kask, plecak, który osłonił plecy i mój bardzo pracowity Anioł Stróż. Nic nie złamałam, solidnie się poobijałam, szczególnie twarz. Po chwili dojechała do mnie potwornie zestresowana ekipa. Pogoda nielotna, śmigło nie przyleci, ale mój stan dobry. Po ogarnięciu rzeczywistości zaczęliśmy powoli schodzić w dół. Spod schroniska zabrała mnie karetka do zakopiańskiego szpitala, a tam mocno gburowaty lekarz stwiedzil, że nic mi nie jest...
Chwała wielka chłopakom za opiekę, pomoc i stalowe nerwy!
Pięknie było mimo przygód! Można to tutaj zobaczyć.
1 komentarze