, ,

Gorczańsko-zakopiańska rekonwalescencja

00:24

Po całym tygodniu odwiedzania lekarzy i zastanawiania się czy zeszłoweekendowe przygody pozostawiły jakiś większy ślad, czy nie, stwierdziłam, ze nie i pojechałam w góry. Przekonałam siebie samą, że oczywiście na narty to nie (a tak ładnie sypnęło w Tatrach...), ale ruszyć się trzeba było. W takich przypadkach zazwyczaj ląduje się na chacie, zatem zupełnie spontanicznie w piątkowy wieczór niewielką ekipką pojechaliśmy do GoChy. A tam klasyka gatunku: grzanki z pieca, kominek, gitarka, baloniki, piękne słoneczko, słodkie lenistwo i cztery przeurocze kociaki... Ciężko było się zebrać w sobotnie popołudnie, ale niespiesznie przez Gorc, gdzie włości przed sezonem doglądnąć należało, udało się doczłapać na Przysłop. Na deser był jeszcze krakowski Pucułowski Stawek, czyli coroczne, kursowe spotkanko ciut inaczej. W niedziele za to wywiało mnie znów z zakopiańskie progi kochane, odmienione i przestronne, ale dalej bardzo kochane :)
Zdjęć tym razem totalny brak, bo pierwszy raz w życiu udało mi się zapomnieć wziąć aparat. A miała być taka piękna, kocia sesja zdjęciowa...

Małe uzupełnienie: kilka gocho-kocich fot się znalazło. Choć nie moje szkło, to przynajmniej mój palec na spuście w większości przypadków wylądował :)

You Might Also Like

0 komentarze

Archiwum