Są takie kawałki gór, o których powszechnie wiadomo, że mają potencjał i baaardzo by się tam chciało pojechać. I sobie człowiek powtarza trzeba się w końcu wybrać, ale jakoś ciągle się nie składa. A tu się nagle złożyło! Fatry! I Mała, i Wielka! Do tego rower - połączenie idelalne, po prostu enduro-marzenie! Jak w Alpach, było wszystko. Graniówki, single, ciekawe problemy i góry po horyzont, a i noszenie roweru na plecach też było. A zjazd czerwonym szlakiem spod Czarnego Kamienia do Revucy uznaję za mistrzostwo świata - najlepszy zjazd tego sezonu! Śliczny, długi singiel-flołłł :) No i zapomniałam dodać zachwytu nad oszałamiającymi już kolorami jesieni! Generalne ach!
Przegraliśmy mecz barażowy z Bułgarią. Nawet nie zagramy w ćwierćfinale Mistrzostw Europy. Przegraliśmy o włos, o dwie piłki, w tie-breaku 18:16...
A dwa pierwsze sety były takie piękne! Ładna gra! Fantastyczna walka! Szkoda...
Ale ja i tak uwielbiam siatkówkę! Uwielbiam!
Dawno planowany i długo oczekiwany wyjazd do Trójmiasta. Dlaczego nad morze? Ano dlatego, że właśnie tam odbywają się Mistrzostwa Europy w siatkówce mężczyzn (Polska je organizuje do spóły z Danią). Zatem oczywiste jest, że musiałam tam być! Bilety na trzy mecze naszej reprezentacji w fazie grupowej zdobyłam, więc do Ergo Areny! Razem z Anką Sp. A skoro już tak daleko jedziemy, to krajoznawstwo pouprawiać trzeba przy okazji! Zrobiło się intensywnie. Do weekendu dodałyśmy dwa dni wolnego, i dzięki super taniemu połączeniu Polskiego Busa w piątek rano wylądowałyśmy w Gdańsku - spacer po starym mieście, słitfocia z Neptunem, absolutnie hitowe zwiedzanie Stoczni Gdańskiej w czerwonym "ogórku" (polecam bardzo, bardzo!), rybka przy Motławie, murale na Zaspie i biało-czerwono wystrojone na meeeeeeeeeeeeeecz! Polska - Turcja 3:1 :) Uwielbiam to! Uwielbiam! Mecze siatkówki na żywo to jest przeżycie nie do opisania! Nie da się opowiedzieć tej atmosfery, emocji i szału, jaki panuje w hali! Nie da się! Trzeba gnać na mecz i zobaczyć!
Zdjęcia z meczów. Pożyczyłam kosmiczny obiektyw - genialną, canonoską eLkę 100-400 - bałam się toto wziąć do ręki ;) Ale jakie foty robi! Aby nie spędzić całego meczu za aparatem, opracowałam nowy system: zdjęcia robię tylko przez dwa sety (żeby były drużyny na różnych boiskach) i tylko do dziesiątego punktu, potem skupiam się już na grze, no i nie mam tysiąca fot do ogarnięcia, tylko pincet ;)
Dzień drugi - gdyński. Spacer po funkcjonalistycznej Gdyni, no i statki: Dar Pomorza i Błyskawica od środka - jak ja lubię maszynownie! Dar Młodzieży i Zawisza Czarny od zewnątrz. Stópki zanurzone w Bałtyku (więcej się nie dało), sielankowy spacer plażą wzdłuż klifów do Orłowa. Molo, kutry i rybka, a potem na meeeeeeeeeecz! Polska - Francja 1:3 niestety :( Aaaa! I gofry z bitą śmietaną, która była wszędzie!
Dzień trzeci - sopocki. No trzeba w końcu na plaży poleżeć, no! Szybkie zwiedzanie żurawia i kościoła mariackiego w Gdańsku i siup na Monciak. Gofry, molo, rybka i plażaaaa! Nic to, że wiało, było pochmurno i siąpiło! Nic to! Kocyk rozłożony i pół godziny na piasku odleżane! I na meeeeeeeeeeeeeeecz! Polska - Słowacja 3:1 mjuuuuuuuuuuuut!
Dzień czwarty - malborski. Malbork. A pojechałyśmy sobie zamek pozwiedzać. Stwierdzam słabość do gotyckiego łuku ;) Przy okazji skończyła się pewna epoka... W Malborku pierwszy raz w życiu, zamiast "żywego przewodnika", użyłam audioprzewodnika. No niegłupie to jest, tylko pytania zadać nie można. Ale do tej pory mam wyrzuty sumienia, że osłabiłam swe poczucie solidarności z przewodnicką elytą tego świata ;) A z okazji początku jesieni nazbierałyśmy worek ślicznusich, błyszczących kasztanów.
A z tym odmładzaniem na wyjeździe było tak, że nam tak trochę jak za starych, dobrych studenckich czasów wyszło ;) Jedno piwo - dwie słomki itp... w sumie zabrakło tylko dworcówy ;)
Podsumowując: mecze naszej reprezentacji - uwielbiam! Trójmiasto - uwielbiam! :)
A! Jestem wyjątkowo zawiedziona, że z wakacji nad morzem nie przywiozłam sobie dmuchanego delfina i niebieskich okularów przeciwsłonecznych! Niezaliczone! Wracamy!
A! Jestem wyjątkowo zawiedziona, że z wakacji nad morzem nie przywiozłam sobie dmuchanego delfina i niebieskich okularów przeciwsłonecznych! Niezaliczone! Wracamy!
Czerwone trampki - są!
Czerwone spodnie - są!
Biało-czerwona koszulka - jest!
Czerwone paznokcie - są!
Biało-czerwona farba - jest!
Biało-czerwony szalik - jest!
Fotosprzęt - jest!
Bilety wydrukowane - są!
Czerwone spodnie - są!
Biało-czerwona koszulka - jest!
Czerwone paznokcie - są!
Biało-czerwona farba - jest!
Biało-czerwony szalik - jest!
Fotosprzęt - jest!
Bilety wydrukowane - są!
No to jedziem! W ten weekend kierunek jedynie słuszny - Ergo Arena Gdańsk! Mistrzostwa Europy w siatkówce mężczyzn 2013!
W zasadzie nic się nie działo, nuuuda... Stłukłam sobie ucho i pośladek.
W sobotę opuszczone przez szanownych kolegów, co to się jak zwykle deszczu przestraszyli, pojechałyśmy pobujać się chwilę po bajkparku w Koninkach. Okazał się on badziewny, więc niedługo myśląc pokulałyśmy się na Turbacz. Dawno mnie w Gorcach nie było ;) Zjazd niebieskim świetny! Mimo że już trochę umocniony i schodami parkowymi "zniczony", ale fajnie zjeżdżalny z ciekawymi problemami.
W niedzielę już większą bandą ruszyliśmy w Wyspowy. Cudnie! Przedjesiennie! Mogielica i Jasień z kulinarnym lenistwem w Jurkowie. No piękne słonko, piękne widoki! A buki? Jeszcze chwila, jeszcze dwie...
Absolutny hit: sparpety! Pasiaste skarpety! Jest stylówa!
No w końcu Lasek! No w końcu na rowerze! No w końcu najtrajd!
Nie ma to jak sobie pojeździć na rowerze po nocy po Lasku Wolskim z fajnymi chłopakami ;) No luksus normalnie! Te single tam całkiem nawet miłe są :)
No i piękna, nowa, czerwona biżuteria! Mostek zwraca uwagę ;D
A jakość jazdy jaka! Lepiej w górę! Lepiej w dół! Lepiej w skręcie! No lepszy rower normalnie!
No i piękna, nowa, czerwona biżuteria! Mostek zwraca uwagę ;D
A jakość jazdy jaka! Lepiej w górę! Lepiej w dół! Lepiej w skręcie! No lepszy rower normalnie!
Tak, tak... kolejny rower do kolekcji... choć to trochę nie do końca rower chyba jest ;)
Kiedyś tu przedstawiałam wszystkie rowery, jakie przejechały przez moje życie. Zatem i ten muszę zaprezentować: Monoczerwony! Świeżutki, spontanicznie kuriozalny nabytek z podtekstem ;D
Na monocykle, jako rowerowe dziwolongi, łypałam z ciekawością okiem już od jakiegoś czasu. Nawet próbowałam na to coś wsiadać. Ale było powiedziane: czasem przy okazji ok, pod żadnym pozorem nie wkręcamy się w nową zajawkę! I co? I guzik! Zajawka jest i leży na moim dywanie. Zajawka jest czerwona, dywan zielony, więc ładnie wygladają razem...
No cóż zrobić? Jutro idę ćwiczyć, dam znać, jak przejadę pierwsze 50 m ;)
Będzie specjalnie! Jak na numer specjalny przystało!
Tak walne jubileusze nie zdarzają się codziennie, dlatego warto chyba zatrzymać się na chwilę nad tym całkiem sporym kawałkiem historii. Otóż 140 lat temu powstało Towarzystwo Tatrzańskie, którego kontynuatorem jest obecnie istniejące Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. Tak, to już taki kawał czasu ktoś gdzieś nam z całkiem niezłym skutkiem organizuje turystykę w naszym pięknym kraju.
Wycieczki, wyjazdy, wyprawy, rajdy... Schroniska, szlaki turystyczne, wydawnictwa... Przewodnicy... Skąd to wszystko się wzięło? Mam nadzieję, ze przynajmniej część odpowiedzi na to pytanie znajdą Szanowni Czytelnicy w tym urodzinowym numerze.
Czasem warto pogrzebać w archiwach, poprzeglądać stare zdjęcia, dokumenty. Najlepsza okazja ku temu jest właśnie teraz
w roku jubileuszowym. No to zapraszamy! Kalendarium, ciekawostki,
smaczki...
Byłam tam tylko tydzień, a czuję się jakbym wróciła z naprawdę długich wakacji... prawdziwych wakacji...
Niby człowiek siedział na bazie i nic nie robił, ale baardzo dużo się wydarzyło, mnóstwo różnych ludzi się przez bazę przekulało. Gorcstokowo, rekordowo, ale też mgliście, sennie i kameralnie, kulinarnie, towarzysko, imprezowo, wesoło i refleksyjnie, abstrakcyjnie. Stare dzieje i nowe czasy, czyli wszystko na raz :)
Gorc!
Gorc już w pudełku!
A tak na marginesie ;)
Jebutny, czyli większy niż Ty! (Jowisz)
Ja skaczę! Ja skaczę! Ja skaczę!
Ja skaczeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeę!!!
Powrót do gry! Po pięciu tygodniach! Dobry mecz otwarcia ;)
Życie z siatkówką jest o wiele piękniejsze!
Ja skaczeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeę!!!
Powrót do gry! Po pięciu tygodniach! Dobry mecz otwarcia ;)
Życie z siatkówką jest o wiele piękniejsze!
Długi weekend sierpniowy najlepiej wykorzystać rowerowo, więc może by tak się w Sudety ruszyć, które potencjał mają znaczny, a na zwykły weekend trochę tam daleko jest. Idealnie złożyło się, że akurat wypadły zawody ET w Szklarskiej. Zatem zaczęliśmy od Rychlebów, które to łaziły za nami od dawna, ale jakoś nie po drodze było. Sześć dych bez sensownej przerwy na batonika i siku, to lekkie przegięcie, no ale mus to mus. Same rychlebskie ścieżki nie powaliły mnie jakoś szczególnie. Brakowało mi konkretnego zjazdu, za dużo technicznego trawersu w dokręcaniem. Spodziewałam się zdecydowanie większego hardkoru bardziej w dół. Na poprawę humoru piwo, syra i kąpiele w uroczym kamieniołomie. Dalej do Szklarskiej! Z racji tego, że z definicji nie objeżdżam tras, bo po co jeździć dwa razy to samo, przed zawodami zapodałam lajtową wycieczkę indywidualną po fajowych singlach w Izerach. w międzyczasie reszta ekipy patentowała OS1 i rozwalała sobie dość konkretnie brodę :( W sobotę zawody, luz, blues, bez napinki - jedynka trudna, kamienista, ale fajna, dwójka przyzwoicie podjeżdżalna, trójka super zjazd, czwórka tak samo, ale popsuty przez snejka, a piątka to porażka wszechczasów, na której umierałam (trzydniowe zmęczenie akurat wtedy miało ochotę się ujawnić ze wzmożoną siłą). W każdym razie zawody ukończyłam, nic sobie nie zrobiłam, rowerowi też nie, nawet żadnej konkretnej gleby nie było - niezaliczone! ;) O generalce oczywiście nie wspominam ;)
W niedzielę na dobicie eksploracja bajkparku w Spindlerovym Mlynie - generalnie słabo i na mega zmęczeniu, więc bez radochy specjalnej.
Podsumowując: ja chcę więcej na rower w Sudety! :)
Urodziny to urodziny! Impreza musi być! A że urodziny 45. to impreza odpowiednio godna i huczna się należy. Szanowny Jubilat: Baza na Gorcu :)
Ja za takimi wielkimi i walnymi imprezami nie przepadam, zwłaszcza, jak je mam organizować. No trudno, mus to mus. Zabierałam się do tego jak pies do jeża. No ale poszło i wyszło. Było baaardzo sympatycznie, ludzi całkiem sporo, atmosfera przefajna. Głównymi uczestnikami imprezy była stara gwardia gorcowa, Ci co bazę zakładali i prowadzili w jej początkach. Brakło tych, których Gorc teraz powinien interesować - bieżącego pokolenia kołowego w zasadzie nie było. Trochę smutno, bo ekipa sprzed 40, 30 lat powtrafiła się zebrać i spotkać na bazie, a młodzi to zwyczajnie olali.
No ale Gorc, to Gorc! Gorc to stan umysłu i tu zawsze jest pięknie! Aż zał było schodzić, wracam za dwa tygodnie :)
Zaproszenie w słoweńskie progi miałam od dawna, tylko jakoś kiepsko było z realizacją wyjazdu. W tym roku większych wypraw nie planowałam, ale chęć na jakiś wysokogórski rowerek się pojawiła, więc akurat pomysł zaczął się klarować. W efekcie babską, rowerową ekipą ruszyłyśmy na południe - lekko spontanicznie, z milionem różnych pomysłów wykorzystania słoweńskiego potencjału. Brak konkretu trochę nas potem zgubił, ale cóż bywa... Miało być przede wszystkim ultra-alpejsko-rowerowo, ale jak się okazało szukanie sytych singli w górach wysokich, to nie taka prosta sprawa. Była Lubjana, było morze, był mikro wspin, były ferraty i Triglav, no i dwa godne bajkparki. Wszystko pięknie! Góry rewelacyjne, miejsca fajne i świetni miejscowi bajkerzy, którzy nam swoją radą końcówkę wyjazdu uratowali. Nawet moja kostka, co prawie by była wyjazd storpedowała, dała radę i zachowywała się grzecznie - rower na skręcone stawy nie jest zły ;)
Jedyne co nie dało rady i wyjazd nam intensywnie próbowało popsuć, to ćwierć naszej ekipy, co to z innej planety chyba pochodzi, ale zmilczmy temat, po prostu nie zawsze się ma pełne szczęście do kompanii...
Podziękowania ogromne dla Piotrka i Tiny za przygarnięcie i gościnę :)
Po wizycie na Wielkiej Planinie wielce rozumiem miłość do AKS-u ;)
No i tu powinno się pojawić zdjęcie IMG_001.CR2, no ale się nie pojawi, bo już go nie ma, bo to jakiś testowy badziew był. W każdym razie rozpoczęła się nowa era fotograficzna w moim życiu :) Canon D7 zawitał na salony. Maszyna taka, że aż się jej boję, rozpakowywanie pudełka zajęło mi 1,5 miesiąca, ale udało się go w końcu oswoić i użyć! materiał w obróbce, zobaczymy co będzie...
Teraz się zacznie dopiero sprzętowe szaleństwo, szkła nowe trzeba będzie zanabyć i uczyć się, uczyć, uczyć, bo jest potencjał ogromny, tylko trzeba go umieć wykorzystać :)
Szybko, szybko! Wszystko na szybko i w ostatniej chwili... jak nie w wakacje. W tym roku wraz z nastaniem tego niby błogiego i wyczekanego przez większość czasu rzeczywistość zamiast zwolnić, jakoś tak dziwnie przyspieszyła, a czas niewiarygodnie przyspieszył.Czy ktoś mi wytłumaczy dlaczego? Przecież lipcowe długie dni są właśnie po to, żeby się snuć po kwiecistych łąkach Beskidu Niskiego albo leżeć w borówkach (lub w jagodach ewentualnie) na jakiejś gorczańskiej hali... Trudno! Spinamy się, przyspieszamy kroku, zagęszczamy ruchy, dokańczamy niedokończone, tylko żeby jak najszybciej urwać się w góry! jeśli nie da się fizycznie wsiąść w pociąg, autobus, auto czy pójść łapać stopa, to przynajmniej zapraszam do chwili górskiej lektury. O via ferratach, o środku Słowacji, o Pirenejach, o Szerpankach, o czarnych góralach, o górach bystrzyckich, o cystersach w Karpatach, o... górach... słów trochę skleconych na szybko, jak wszystko na szybko tworzone tego umykającego w niebezpiecznym tempie lata.
Zwolnij, proszę, trochę...
Jak szybko, to też krótko tym razem.
W zasadzie z moją śliczną stopą powinnam siedzieć grzecznie w domu i nigdzie się nie ruszać, a o zawodach ET w Zawoi zapomnieć. Mhmm... tia... Na zowody oczywiście pojechałam razem z moim rowerem (wszystkich, którzy właśnie padli na zawał proszę jednak o powstanie ;). Rower w zawodach wystartował, ja nie. Z powodu mojej kontuzji musiał godnie reprezentować rodzinę. A wszystko dlatego, że rower Agi został zaaresztowany w serwisie. Pojechała na Specu, nigdy wcześniej na nim nie siedząc - szacun! Ja za to z fotoaparatem pod pachą i kulami w ręce postanowiłam wyjechać krzesełkiem na Mosorny Groń i robić za fotografa imprezy. Fajna sprawa! Zupełnie innaczej się na to patrzy, jak się nie jedzie, tylko ogląda i foci.
W ramach uzupełnienia dnia był piękny widok na Babiszcze, sentymentalna wizyta w skansenie na Markowych Rówienkach, leżenie na trawie, pierogi w Tabakowym Chodniku i impreza urodzinowa z pasiastymi lans-skarpetami w roli głównej ;)
PS. Opuchlizna się wyraźnie zmniejszyła! jupi!
PS2. Koniec Ligi Światowej 2013! Wygrywają Rosjanie przed Brazylią, Włochami i Bułgarią - jak na IO :)
PS2. Koniec Ligi Światowej 2013! Wygrywają Rosjanie przed Brazylią, Włochami i Bułgarią - jak na IO :)
Gdyby kózka nie skakała... Dobrze żarło i zdechło... Mądry Polak po szkodzie... i takie tam... zna ktoś jeszcze jakieś takie przysłowie?
W każdym razie siedzę sobie teraz ze spuchniętym i fioletowym stawem skokowym i kwiczę. Klasyka siatkówkowego gatunku: atak-blok i masakra na kostce. Bardzo poważne skręcenie, dobrze, że nic poważniejszego, bo wyglądało groźnie. SOR na Wrocławskiej nawet nie był taki strasznie kolejkowy, a lekarz, który mnie przyjmował, nie dość, że był sympatyczny, to jeszcze konkretny i na dodatek siatkarz, więc wiedział o co chodzi ;)
No i co? I lipa! Zero siatkówki, zero roweru, zero zawodów, zero chodzenia... Wracam za 4 tygodnie!
Na dodatek: chodzenie o kulach to sport ekstremalny dopiero jest, trening siłowy pierwsza klasa, wszędzie są schody, wszędzie, a NFZ należy wysadzić w powietrze - do ortopedy mogę iść w listopadzie, prywatnie w przyszłym tygodniu...
Na dodatek: chodzenie o kulach to sport ekstremalny dopiero jest, trening siłowy pierwsza klasa, wszędzie są schody, wszędzie, a NFZ należy wysadzić w powietrze - do ortopedy mogę iść w listopadzie, prywatnie w przyszłym tygodniu...
Przepiękny weekend pod hasłem jednego, wielkiego, harkoru, rowerowego hardkoru pod wieloma postaciami. Na zachód! W Sudety! Do Mieroszowa! Kolejna edycja zawodów enduro emtb. Kluszkowce były mocne, a o Mieroszowie krążą legendy. Potwór Mieroszowski był karmiony cały tydzień i urósł do monstrualnych rozmiarów. Strach się bać! I słusznie! Zawody wyjątkowo trudne, OSy strome, kręte, o specyficznej, luźnej, sudeckiej nawierzchni. Takich ścieżek w Beskidach się nie znajdzie. Tereny genialne, góry piękne, pod rower idealnie wymagające. No i w końcu coś innego, nowego. Na zawodach śmierć w oczach - jeszcze się muszę duuuuuużo nauczyć - ale atmosfera świetna!
Założenia programowe zrealizowane: przeżyłam, nic sobie nie zrobiłam (rowerowi też nie), zawody ukończyłam i nie byłam ostatnia - w babach czwarta, w generalce bab trzecia :)
W niedzielę pojechaliśmy kupą na "czilałtową wycieczkę po zawodach" w Rudawy Janowickie. Górki cudne, zjazdy syte, skałki, jeziorka, widoczki extra, tylko jeszcze, żeby była chwila, co by na nie spojrzeć... Totalna porażka metodyczna w prowadzeniu wycieczki! I nie chodzi tu o przewodnickie zboczenie, tylko zwykłe, przyzwoite ogarnięcie faktu, że jedzie dziesięć osób i fajnie by było, żeby wszyscy to przetrwali i jeszcze mieli z tego jakąś przyjemność. No ale jak cyborgi zaiwaniają do przodu, nie informując całej reszty co, gdzie i jak, to się robi gonitwa, a nie fajne jeżdżenie. Ja wolę ciutkę inną organizację enduro-rzeczywistoście, ale poza tym było ładnie, ciekawie i inaczej. Fajnie, że była ogonowa grupa wsparcia :)
A z tematów inszych: argentyński finał Ligi Światowej nie dla naszych chłopaków :(
Góry po Robocie! Zaczął się sezon bazowy, to od razu mi to przyszło do głowy. Markowi też, więc szybko trzeba było plan realizować. Kierunek Lubań, bo weekendu na odwiedziny tamże w wakacje już niestarczy. No i mimo prognoz złych stawiliśmy się w czwartkowy wieczór na bazie. Nawet gwiazdy specjalnie dla nas wyszły zza chmur. A ja urzeczona zostałam lubaniowym boiskiem do siatkówki! Odkrycie: podstawowym i absolutnie koniecznym składnikiem naleśników, bez którego nie mogą się udać, jest cytrynówka. Zwłaszcza, jak się je smaży na bazie o 2.00 w nocy w środku tygodnia - no bo na Lubaniu naleśniki muszą
być! Mimo szczerych chęci rozsądnego pójścia spać, nie udało się. Po 2,5 godzinach snu skulaliśmy się na dół. Pierwsze dwie krople deszczu spały, jak wsiadaliśmy do auta. Dzień w pracy był trudny... ;)
Jest bardzo dużo gry! Dobiłam do trzech siatkówek tygodniowo! Dwie halowe i plażówka. Jedna halówka to ciąg dalszy z ekipą, z którą zaczęłam grać w ostatnim sezonie. Drugie granie halowe skończyło się wraz z rokiem szkolnym, ale jako spływowe pokłosie gramy twardo w siatkówkę plażową na piaskach AWFu.
Ale co najważniejsze wkręciłam się w fantastyczną ekipę, która gra w końcu tak, jak chciałam sobie pograć! Na bardzo wysokim poziomie! Same chłopy, które wiedzą co to jest konkretna siatkówka. Jest zagrywka, atak, blok, jest siła, jest gra kombinacyjna, jest bieganina w obronie i są hektolitry potu wylane na boisku. Podoba mi się bardzoooo!!!! Ja tak chcę grać! Takiej porządnej siatkówki szukałam! Mam nadzieję, że mnie nie wykopią ;)
Dzięki temu mogę ćwiczyć, to co faktycznie umiem i uczyć się tego w czym jestem słaba:
zagrywka - tu jest nieźle, nie mam tak mocnego serwisu jak chłopy, ale moja zagrywka jest perfidna i techniczna - albo opadające floty, albo asowe brazylijki w dziewiąty metr (nie do końca sobie z tym chłopaki radzą, więc jestem dumna i blada). Uczę się zagrywać z wyskoku, może się kiedyś nauczę...
atak - tu zawsze byłam dobra, choć granie zazwyczaj bez bloku trochę mnie rozpuściło. Teraz jest blok i to dobry blok, więc trzeba więcej kombinować, prostą ćwiczyć. Kilka czap dostałam, ale też kilka gwoździ wbiłam. Ha! I nawet czasem mi pajpy wychodzą! Poćwiczyć siłę i krótką.
blok - skakać w tempo to podstawa, wychodzi mi, choć ci z drugiej strony dość często mnie omijają. Ale nie zawsze im się to udaje i nawet mocne ataki jestem w stanie zablokować, a wybloki wyasekurować.
rozegranie - w sumie nigdy jakoś nie bawiła mnie rola rozgrywającego, ale ostatnio zaczynam ją doceniać. Jak jest z kim grać zaplanowane akcje, a nie przypadkowe zbicia, to jest to fajne. Potrzebna mi większa precyzja w rozegraniu w tył i na krótką, żeby nie gubić tempa.
obrona - lubię się tarzać po boisku, nie zawsze dobrze wychodzi, gwoździ nie wybronię, ale nie jet źle, a czasem nawet spektakularnie ;) Pady trzeba poprawić, bo kości biodrowe cierpią.
przyjęcie - tu jest nawiększa słabizna... nigdy nie byłam dobra w przyjęciu, choć czasem odbiór mocnej, kierunkowej zagrywki wychodzi mi całkiem przyzwoicie, podkręcone też zdarza mi się wybrać, najgorzej jest z najpopularniejszym, nie bardzo mocnym flotem - chyba nikt tego nie lubi.
Siła, wyskok, szybkość, precyzja - wieczny trening! ;) Jak ja uwielbiam siatkówkę!!!

