Zielonemu też coś się od życia należy - stwierdziłam to zobaczywszy, jak prawie zniknęły kółeczka od tylnej przerzutki. Podzieliłam się spostrzeżeniem ze światem i dostałam ślicznego, prawie nieużywanego, oldskulowego SISa - w sam raz dla Zielonego. Moje wzruszenie było wielkie :) Jak już się przystawiłam do działań, to się okazało, że kilkanaście lat nieodkręcana śruba od haka jest nie do ruszenia, nawet po dwóch dniach kąpieli w WD-40... I tak się skończyło wymienianie przerzutki, choć przynajmniej napęd czysty i linka nowa. Może kąpiel powinna trwać dwa tygodnie? Zobaczymy...
W Tatrach spadł pierwszy śnieg! 33 cm na Kasprowym! Aż narty w kącie podskoczyły z radości. W Beskidach powyżej 1000 m n.p.m. też przypudrowało.
Mimo kiepskich prognoz na weekend, trzeba było przynajmniej jego kawałek jakoś sensownie wykorzystać. Rowerowo oczywiście. Miał być Niski, wyszedł Mały i nawet w ostatniej chwili honor Szanownych Kolegów od Roweru został uratowany ;) Jesienny, bukowy las w odsłonie mglistej, mżawkowej oraz słonecznej udostepnił nam pod dwukółki swoje kamieniste ścieżki. Aczkolwiek feerii kolorów jeszcze brak, może za tydzień albo dwa.
A poza tym andyjsko się dzieje - całą ekipą w końcu zobaczyliśmy się na oczy i nawet udało się omówić kilka konkretów :)
Mimo kiepskich prognoz na weekend, trzeba było przynajmniej jego kawałek jakoś sensownie wykorzystać. Rowerowo oczywiście. Miał być Niski, wyszedł Mały i nawet w ostatniej chwili honor Szanownych Kolegów od Roweru został uratowany ;) Jesienny, bukowy las w odsłonie mglistej, mżawkowej oraz słonecznej udostepnił nam pod dwukółki swoje kamieniste ścieżki. Aczkolwiek feerii kolorów jeszcze brak, może za tydzień albo dwa.
A poza tym andyjsko się dzieje - całą ekipą w końcu zobaczyliśmy się na oczy i nawet udało się omówić kilka konkretów :)
Lato i zima, to takie konkretne pory roku. Na lato się czeka, bo wakacje, urlopy, wyjazdy, wyprawy... Zima to śnieg – też się czeka, żeby skorzystać z atrakcji, których w innych porach roku nie ma. A wiosna i jesień są jakieś takie niecharakterystyczne, mniej oczekiwane, siłą rzeczy przejściowe. A może dlatego właśnie fajne? Bo mniej oczywiste. W kontekście górskim oczywiście, bo nikt sięprzecież z wiosenną, zieloną trawką i kwitnącymi sadami czy jesiennymi, kolorowymi liśćmi i rudymi kasztanami kłócić nie będzie – to jest charakterystyczne i oczekiwane, ale przez ogół mieszkańców naszych szerokości geograficznych, a nie tylko tych górolubnych.
Tak to niestety już jest, że planując działanie w górach na jesień specjalnie się nie czeka, chyba że wyjątkowo chodzi o wyjazd do Nepalu, bo wtedy akurat trwa tam pomonsunowa pora arcyturystyczna. Chociaż jest jeden krajowy wyjątek – Tatry! W miesiącach wiosennych w tych górach warunki są jeszcze zupełnie zimowe, w lecie Tatry pękają w szwach, a dzikie tłumy turystów wszelkich skutecznie przyćmiewają wysokogórskie piękności. Za to we wrześniu czy październiku można je sobie poeksplorować w zdecydowanie większym spokoju.
Wprawdzie o Nepalu i Tatrach z okazji jesieni w Gazecie Górskiej nic nie będzie – tak przekornie, a co! Ale powspominamy letnie zdobywanie, poplanujemy zimowe wypady, a przede wszystkim zaprosimy do korzystania z kolorowych, bukowych, nie tylko beskidzkich lasów... Ważne! Nie tylko pieszo, ale też na rowerze!
Wprawdzie o Nepalu i Tatrach z okazji jesieni w Gazecie Górskiej nic nie będzie – tak przekornie, a co! Ale powspominamy letnie zdobywanie, poplanujemy zimowe wypady, a przede wszystkim zaprosimy do korzystania z kolorowych, bukowych, nie tylko beskidzkich lasów... Ważne! Nie tylko pieszo, ale też na rowerze!
Rzucić wszystko i jechać w Tatry! Tak to właśnie w ten weekend wyglądało. Konkurencyjnych działań było kilka, z rowerowymi na czele, ale nie! Ostatni taki piękny weekend w Tatrach tej jesieni trzeba było wykorzystać. Od piątku ma sypnąć śniegiem - też fajnie ;)
Wysokie Słowackie, w sobotę Dolina Kiezmarska, Zelene Pleso i Jagnięcy - jakie Bielskie są z tej perspektywy piękne! Po zażegnaniu małego kryzysu, udało się jeszcze przeskoczyć przez Świstową Przełęcz i zaczepić na nocleg przy pośredniej stacji kolejki na Łomnicę. Odziwo nie było zimno, a i towarzystwo sympatyczne ;) Pobiegliśmy na burżujskie śniadanie do Chaty Zamkowskiego, a potem do Tereho, przez Czerwoną Ławkę i Staroleśną do Smokowca.
Piękności tatrzańskie bezchmurne! A na deser wizyta u Burego Misia w Małej Manufakturze Radykalnej Metamorfozy Złomu. Łał!
Wysokie Słowackie, w sobotę Dolina Kiezmarska, Zelene Pleso i Jagnięcy - jakie Bielskie są z tej perspektywy piękne! Po zażegnaniu małego kryzysu, udało się jeszcze przeskoczyć przez Świstową Przełęcz i zaczepić na nocleg przy pośredniej stacji kolejki na Łomnicę. Odziwo nie było zimno, a i towarzystwo sympatyczne ;) Pobiegliśmy na burżujskie śniadanie do Chaty Zamkowskiego, a potem do Tereho, przez Czerwoną Ławkę i Staroleśną do Smokowca.
Piękności tatrzańskie bezchmurne! A na deser wizyta u Burego Misia w Małej Manufakturze Radykalnej Metamorfozy Złomu. Łał!
Od grudnia do maja w Tatry jeździ się na skitur, w lecie z definicji w Tatry się nie jeździ, natomiast we wrześniu jeździ się w Tatry przede wszystkim.
Weekend przedłużony o poniedziałek, plan ambitny, perfekcyjnie wykonany.
Sobota i niedziela przeznaczone na słowackie Tatry Zachodnie z Siwym Wierchem, Banówką i Trzema Kopami w roli głównej z noclegiem w Chacie pod Naruzim, jedynym schronisku tatrzańskim, które można by okreslić mianem chatki studenckiej - klimat pierwszoklaśny! Gulasz i piwo po 1 euro, a nocleg za 5 euro! Prawie niemożliwe! A jednak!
W niedzielny wieczór szybka teleportacja do Zakopanego, nocny bieg przez Boczań i tak zwany "dziczek" w Murowańcu. Wszystko po to, by poniedziałkowym, bladym rańcem rozpocząć realizacje planu specjalnego ;) Po dobrym śniadanku nad Czarnym Stawem Gąsienicowym strzała na Zawrat. Start imprezy pt. Orla na raz! Dało radę! Siedem godzin później zameldowałyśmy się na Krzyżnym! Potem sprint do schroniska na zasłużone naleśniki, do Kuźnic i w Kraku o północy.
Sobota i niedziela przeznaczone na słowackie Tatry Zachodnie z Siwym Wierchem, Banówką i Trzema Kopami w roli głównej z noclegiem w Chacie pod Naruzim, jedynym schronisku tatrzańskim, które można by okreslić mianem chatki studenckiej - klimat pierwszoklaśny! Gulasz i piwo po 1 euro, a nocleg za 5 euro! Prawie niemożliwe! A jednak!
W niedzielny wieczór szybka teleportacja do Zakopanego, nocny bieg przez Boczań i tak zwany "dziczek" w Murowańcu. Wszystko po to, by poniedziałkowym, bladym rańcem rozpocząć realizacje planu specjalnego ;) Po dobrym śniadanku nad Czarnym Stawem Gąsienicowym strzała na Zawrat. Start imprezy pt. Orla na raz! Dało radę! Siedem godzin później zameldowałyśmy się na Krzyżnym! Potem sprint do schroniska na zasłużone naleśniki, do Kuźnic i w Kraku o północy.
Generalnie spokojnie można stwierdzić, że nie taka ta Orla straszna. Połowy lańcuchów mogłoby spokojnie nie być.
Dzień później - zakwasy wszechczasów w czworogłowach.
Coś mi się ostatnio siatkówkowe klimaty zintensyfikowały. Jakoś większą radochę mam z poniedziałkowego grania i jakoś się nawet bardziej przykładam. Jakoś bardziej mnie losy naszej reprezentacji obchodzą, jakoś tak bardziej intensywnie śledziłam Mistrzostwa Europy, które się właśnie skończyły, a nasza drużyna wywalczyła na nich fantastyczny brąz ogrywając w końcu faworyzowanych Rosjan 3:1!!!
Miałam nawet wielką ochotę na jakiś kawałek tego turnieju jechać, a że nie pojechałam, to sobie prezent w zamian zrobiłam i całej naszej ekipie chyba też - kupiłam oficjalną piłkę meczową Mikasa MVA 200.
Miałam nawet wielką ochotę na jakiś kawałek tego turnieju jechać, a że nie pojechałam, to sobie prezent w zamian zrobiłam i całej naszej ekipie chyba też - kupiłam oficjalną piłkę meczową Mikasa MVA 200.
Ale tym się gra! Ale tym gwoździe wchodzą! Ale długo będziemy się przyzwyczajać do tego kamienia...
Weekend z cyklu: zróbmy coś, ale raczej leniwego. Jakieś choróbsko mnie chwyciło, więc do żadnych ambitnych tatro-rowerów się nie nadawałam. Zatem w auto i nieplanowanie wyszło fajne zwiedzanie Pogórza z przyległościami. No bo przecież nigdy nie zwiedzalam wewnątrz zamku w Nowym Wiśniczu, nigdy nie widziałam fortepianu Paderewskiego w Kąśnej Dolnej (i akurat znowu nie zobaczyłam), nigdy nie chodziłam po Skamieniałym Mieście, Nigdy nie spałam w Bacówce na Brzance, nigdy nie podziwiałam kwiatków na chałupach w Zalipiu i nigdy nie szukałam w Dębnie rycerza na białym koniu. Nigdy wcześniej, ale właśnie się udało :)
Fabryka czekolady. Prawdziwa. Brakowało tyko Johnnego Deppa w czerwonym wdzianku :)
Duuża hala, duuuże maszyny i kranik z najprawdziwszą czekoladą płynącą gąrącym strumieniem, a na końcu małe czekoladki wyjeżdżające pasem transmisyjnym z chłodni. Można je było zjeść! No, raj czekoladowo-krajoznawczy po prostu!
Uwielbiam zwiedzać fabryki - od hut żelaza, po zakłady spożywcze :)
Duuża hala, duuuże maszyny i kranik z najprawdziwszą czekoladą płynącą gąrącym strumieniem, a na końcu małe czekoladki wyjeżdżające pasem transmisyjnym z chłodni. Można je było zjeść! No, raj czekoladowo-krajoznawczy po prostu!
Uwielbiam zwiedzać fabryki - od hut żelaza, po zakłady spożywcze :)
Odkręciłam tą cholerną śrubkę sterową! Obyło się bez wiertarki, nie obyło się bez zbawiennych rad szanownych kolegów. Śrubka nie dość, że wyrobiona, to jeszcze skrzywiona - badziew wszechczasów! A w środku syf! Okolice gwiazdki skorodowały, że się ukruszyła ciut. Nową śrubkę (razem z gwiazdką na wszelki wypadek) kupiłam. Cały bebech sterów rozebrałam, wyczyściłam, nasmarowałam, złożyłam i skręciłam (nie za mocno). Ale będę teraz precyzyjna w skręcie ;)
Rozczulająco wygląda taki rower bez przodu. Jakby się przewrócił na pysk i zarył główką ramy o podłogę ;)
Z serii koncertów spadających z nieba:
festiwal muzyki współczesnej
Sacrum Profanum
Steve Reich
w Łaźni Nowej
Było wysoko, bardzo.
festiwal muzyki współczesnej
Sacrum Profanum
Steve Reich
w Łaźni Nowej
Było wysoko, bardzo.
Miały być Tatry, ale znowu się pozmieniało i był rowerek w Żywieckim. Najpierw wyczłap do Bacówki na Rycerzowej w solidnej mżawce (a miała być śliczna pogoda). Jak padać przestało zaczęliśmy zjeżdżać czerwonym w kierunku Rajczy. Po deszczu było bardzo ślisko, zdradliwe korzenie i zaskakujące kamienie - efekt: urocza gleba i rozwalone kolano (a przy pakowaniu miałam w ręce ochraniacze...). Na Mładej Horze Bojda zapragnął asfaltu i nas opuścił, a my dalej czerwonym w kierunku Hutyrowa. Piękna jazda! Potem bocznym grzbietem w kierunku Ujsoł - było wszystko - wąskie single, kamieniste zjazdy, wciagające błoto, zaczepiające ostrężyny, cudne trawy i kąpiel w rzece. Potem w auto i z powrotem na Mładą Horę i już z buta na Rycerzową. A tam fantastyczna impreza i tańcowanie przy ognisku.
Z nie bardzo rana zbiegliśmy do auta i podjechaliśmy do Złatnej. Męczarnia na Rysiankę, a potem coś niesamowicie wspaniałego :) Zjazd żółtym szlakiem przez Redykalny Wierch przy cudnych widokach na góry wszelkie. Szybka, miejscami solidnie techniczna jazda! To właśnie lubię najbardziej!
A! Manetki chodzą jak masełko, czyli jestem genialna! Ale nie lubię jeździć na bardzo twardych gumach - 3 atmosfery, to jednak trochę za dużo.
Z nie bardzo rana zbiegliśmy do auta i podjechaliśmy do Złatnej. Męczarnia na Rysiankę, a potem coś niesamowicie wspaniałego :) Zjazd żółtym szlakiem przez Redykalny Wierch przy cudnych widokach na góry wszelkie. Szybka, miejscami solidnie techniczna jazda! To właśnie lubię najbardziej!
A! Manetki chodzą jak masełko, czyli jestem genialna! Ale nie lubię jeździć na bardzo twardych gumach - 3 atmosfery, to jednak trochę za dużo.
A uzbierało mi się. Jeden i drugi dwukółek potrzebowały czułości. Narzędzia pożyczyłam już dawno, brakowało tylko wolnego popołudnio-wieczora. Gdy się znalazł, udało mi się okiełznać kilka problemów. W Specu nowa linka i przeczyszczone pancerze, przeglądnięte manetki i poprawiona sprężyna - teraz ślicznie hula, do tego przeczyszczona przednia piasta i nowy łańcuch - trzeci, czyli ideał dbania o napęd. Przystawiłam się też do przeglądu sterów, miałam sobie oglądnąć, jak zintegrowane wyglądają, wyczyścić, nasmarować i ładnie skręcić, ale kto je montuje taką badziewną, miękką śrubą?! Kiedyś ponoć można ją było imbusem piątką odkręcić, teraz to jest zagadka. A strery cosik nie takie, nie dlatego, że zabrudzone, ale dlatego, że ciut zbyt mocno skręcone. Szukam patentu na wymianę tej śruby, wtedy dowiem się co w tych sterach siedzi. Wiem natomiast co w sterach skręcanych u Zielonego jest. Wprawdzie całych nie rozkręciłam, bo mostek zatarty na amen, ale trochę wyczyściłam, nasmarowałam i w końcu luzy wszelkie zlikwidowałam - koniec ze stukaniem przy hamowaniu! A i tylna piasta wyczyszczona, łożyska poskładane do kupy, nasmarowane i skręcone bez luzów - w końcu koło chodzi równo! A, i odkrycie! Korby zielonego jednak są na kwadrat! Ukryty pod dziwną śrubą na ósmego imbusa! Więc jak mi ktoś jeszcze raz powie, że się nie da, bo Zielony to prehistoria, to się wkurzę. Teraz tylko ściągacz do korb i w następnym odcinku bawimy się suportem!
Tak na zakończenie sezonu, na ostatni tydzień (choć niestety niecały), trzeba sobie było pobazować. W końcu chwila spokoju na Gorcu. Pogoda cudna, turystów trochę i powolna likwidacja grajdołka. Uwielbiam taką bazę...
A od czwartkowego wieczora demolka. Pierwsze zwijanie bazy w tak pięknym słońcu, wszystko suche, wszystko sprawnie złożone. Ekipa dzielna szybciutko sobie z robotą poradziła :)
Tylko wóz zapakować i na Chatę jechać świętować zakończenie kolejnego dobrego sezonu bazowego.
A od czwartkowego wieczora demolka. Pierwsze zwijanie bazy w tak pięknym słońcu, wszystko suche, wszystko sprawnie złożone. Ekipa dzielna szybciutko sobie z robotą poradziła :)
Tylko wóz zapakować i na Chatę jechać świętować zakończenie kolejnego dobrego sezonu bazowego.
Dzięki, cześć i chwała wszystkim dobrym stworzeniom co w tym roku w bazę się zaangażowali! Tym co rozbijali, zwijali, bazowali, pomagali, praktykowali i po prostu Gorc odwiedzali!
Startujemy znowu za 10 miesięcy, pod koniec czerwca! Już zapraszamy do pomocy!
Gram w siatkówkę, jak mi wyszło z obliczeń, już 20 lat! I do tej pory jeszcze na porządnym meczu naszej reprezentacji nie byłam. Nie mam pojęcia, jak doszło do tak straszliwego zaniedbania. No ale w końcu się udało! Pojechaliśmy do katowickiego Spodka na dwa mecze Memoriału Huberta Jerzego Wagnera. Włosi wtłukli Czechom - ale był zaciekły mecz - drugi set 38:36. No ale prawdziwe widowisko, to był mecz Polska - Rosja (trzecia i pierwsza drużyna Ligi Światowej). Na początku szły takie gwoździe w parkiet i były stawiane takie bloki, że trudno było pojąć, jak w ogóle piłka może być tak szybko uderzona. Kawał niesamowitej siatkówki! Jaka atmosfera! Choć głosu nie straciłam :) Niestety Rosjanie nam dołożyli.
Fotografia sportowa to zagadnienie niełatwe. Problemy z ostrością, światłem i stopami poza kadrem, ale pierwsze koty za płoty, ogladać się da :)
Fotografia sportowa to zagadnienie niełatwe. Problemy z ostrością, światłem i stopami poza kadrem, ale pierwsze koty za płoty, ogladać się da :)
Jak ja lubię okolice Jordanowa! Te wszystkie pagóry, co to jedne są w Paśmie Podhalańskim, inne nie. Tym razem jazda z Jordanowa właśnie na Piątkową na ślub Kaśki i Żywczyka przez Górę Ludwiki, Góry Ostojowe, a potem Rabską Górę - same krzaki, ale ładnie tam jest i tereny pod rowerek superowe. Nawet żółty szlak z Piątkowej do Rabki jest fajny - w życiu nie wpadłabym na to, żeby ten szlak robić z buta. No fantastycznie, tylko upał straszliwy i odziwo błota dużo - zapomniałam chyba, jak się po nim jeździ i trzy konkretne poślizgi zaliczyłam.
W Bieszczady na weekend? Bez sensu! Przecież to daleko jest... A nieprawda!
W Bieszczady na weekend pojechaliśmy na rowery rzecz jasna. Sobotni dzień zaczął się gdzieś koło 3.15, wyjechaliśmy przed 5.00, w Cisnej byliśmy koło 10.00. Dzień pierwszy słowacki, czyli w bojdowym królestwie szutru i asfaltu. Dzień drugi prawdziwie górski. Zjazd z Jasła do Cisnej czerwonym szlakiem, to najpiękniejszy zjazd, jaki do tej pory zjechałam! Długi, trudny, różnorodny - od krętych singli w trawie z widokiem na Połoniny, przez szybkie dróżki w bukowym lesie, po kamieniste, ukorzenione i strome, bardzo techniczne zjazdy. Piękne!
Wężowo było. Pierwszy snejk z prawdziwego zdarzenia zaliczony. W sumie cztery gady (mój tylko jeden ;) - 10 dziur i 8 łatek. Do kolekcji rozwalone kolano - na sam koniec, na asfalcie, przez spdy...
A! Pierwszy raz od sześciu lat siedziałam za kierownicą SAMOCHODU! Przejechałam z Jaślisk do Cisnej i nikomu się krzywda nie stała. Kilku innych kierowców wspomina to zapewne traumatycznie, ale właściciel auta nie dostał zawału i szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce :)
Aby wakacje udać się musiały przede wszystkim konieczna jest odpowiednio duża dawka nieplanowanej spontaniczności!
W drugiej kolejności niezbędne są:
W drugiej kolejności niezbędne są:
- miejsce: Radocyna
- czas: dłuuugi weekend sierpniowy
- towarzystwo: kombajn, traktor i snopowiązałka oraz inne spersonifikowane maszyny rolnicze
- czas: dłuuugi weekend sierpniowy
- towarzystwo: kombajn, traktor i snopowiązałka oraz inne spersonifikowane maszyny rolnicze
Poza tym muszą być:
- buszowanie, siedzienie i leżenie w trawie
- nauka gry na trawce
- widokowej górki zdobywanie
- krzalowanie w sandałkach
- łażenie przez brody też w sandałkach
- dobre grzanki z pieca, pierogi, jajecznica, leczo i wino
- ognisko z gitarowym smętem w najlepszym wydaniu
- babinton, nie mylić z badmintonem
- rozrywka intelektualna - scrable
- rowerka ciut, ciut
- pływanie w nieznajowskiej kałuży
- cerkwa w Gładyszowie
- krajoznawczy powrót beskidzko-nisko-pogórzański
(w Małoposlce są drogi publiczne bez asfaltu)
- wiatraczek rzecz jasna...
- nauka gry na trawce
- widokowej górki zdobywanie
- krzalowanie w sandałkach
- łażenie przez brody też w sandałkach
- dobre grzanki z pieca, pierogi, jajecznica, leczo i wino
- ognisko z gitarowym smętem w najlepszym wydaniu
- babinton, nie mylić z badmintonem
- rozrywka intelektualna - scrable
- rowerka ciut, ciut
- pływanie w nieznajowskiej kałuży
- cerkwa w Gładyszowie
- krajoznawczy powrót beskidzko-nisko-pogórzański
(w Małoposlce są drogi publiczne bez asfaltu)
- wiatraczek rzecz jasna...
A w ogóle to miałyśmy jechać w Tatry, najpierw Niżne, potem Wysokie, ale poskładało się tak, że istaniało realne zagrożenie zmarnowania długiego weekendu... na szczęście się nie udało!
A wisi balon czasem nad Krakowem, a czasem nawet kontrowersyjny ponoć jest, a jak ma reklamę to jeszcze bardziej. A Kraków ładny z góry jest, z balonowej góry właśnie. Tak w ramach uprawiania lokalnego krajoznawstwa wzbiliśmy się w balonowe powietrze, by zażyć miejskiej przyjemności w wakacyjny, letni wieczór.
W sumie to nie przypuszczałam, że to się kiedykolwiek wydarzy... Dwa zupełnie różne, rowerowe światy - Zielony na miejskiej emeryturze, Specjalista żądny trudnego, stromego zjazdu. A tu proszę - obaj zgodnie i leniwie na beskidzkoniskich szutrach :)
Tak właśnie pojechałyśmy sobie z Anką na Radocynę. Ja wyjątkowe ciśnienie na rowerek miałam, ale Anka sensownego dwukółka nie posiada, więc coś wymyślić trzeba było. Zielony przecież górską przeszłość ma, więc pojechał z nami, mimo że mu już tylko asfalt pod oponą obiecywałam.
Wyszedł z tego rowerowy radocynizm wzorcowy, a ambitny plan krynicko-radocyńsko-krynicki po raz kolejny odkładam na rok przyszły...
Przy okazji nauczyłam się wydobywać dźwięki z trąbki, dokładniej dwa dźwięki :)
Oczywiście były obowiązkowe krzaczory rowerowe ;)
Aha, tym oto sposobem zakończyłam tegoroczny triatlon bazowy!
Jak pierwsze stroi z drugim, a drugie z trzecim, to pierwsze z trzecim na pewno nie...
Niektórym zajmuje to dwie godziny, mnie zajęło dwa dni... Centrowanie kół - zajęcie zdecydowanie dla cierpliwych. Centrownice pożyczyłam już dawno, wzbudzając spore zdziwinie i troskę o mój rower. Ale że chodziło o Zielonego, narzędzie dostałam jednak do ręki. Chwilę to leżało, ale jak kołowatość tylnego koła przestała mieścić się w ramach przyzwoitości wzięłam się w końcu do roboty. Przy pierwszym podejściu efekt był gorszy od stanu pierwotnego... Przy drugim koło zaczęło przypominać koło, nie ósemkę :)
Zatem kolejna sprwaność rowerowa zdobyta! Choć od kół Specjalisty będę się trzymać z daleka... na razie.
Niektórym zajmuje to dwie godziny, mnie zajęło dwa dni... Centrowanie kół - zajęcie zdecydowanie dla cierpliwych. Centrownice pożyczyłam już dawno, wzbudzając spore zdziwinie i troskę o mój rower. Ale że chodziło o Zielonego, narzędzie dostałam jednak do ręki. Chwilę to leżało, ale jak kołowatość tylnego koła przestała mieścić się w ramach przyzwoitości wzięłam się w końcu do roboty. Przy pierwszym podejściu efekt był gorszy od stanu pierwotnego... Przy drugim koło zaczęło przypominać koło, nie ósemkę :)
Zatem kolejna sprwaność rowerowa zdobyta! Choć od kół Specjalisty będę się trzymać z daleka... na razie.