Długi weekend sierpniowy najlepiej wykorzystać rowerowo, więc może by tak się w Sudety ruszyć, które potencjał mają znaczny, a na zwykły weekend trochę tam daleko jest. Idealnie złożyło się, że akurat wypadły zawody ET w Szklarskiej. Zatem zaczęliśmy od Rychlebów, które to łaziły za nami od dawna, ale jakoś nie po drodze było. Sześć dych bez sensownej przerwy na batonika i siku, to lekkie przegięcie, no ale mus to mus. Same rychlebskie ścieżki nie powaliły mnie jakoś szczególnie. Brakowało mi konkretnego zjazdu, za dużo technicznego trawersu w dokręcaniem. Spodziewałam się zdecydowanie większego hardkoru bardziej w dół. Na poprawę humoru piwo, syra i kąpiele w uroczym kamieniołomie. Dalej do Szklarskiej! Z racji tego, że z definicji nie objeżdżam tras, bo po co jeździć dwa razy to samo, przed zawodami zapodałam lajtową wycieczkę indywidualną po fajowych singlach w Izerach. w międzyczasie reszta ekipy patentowała OS1 i rozwalała sobie dość konkretnie brodę :( W sobotę zawody, luz, blues, bez napinki - jedynka trudna, kamienista, ale fajna, dwójka przyzwoicie podjeżdżalna, trójka super zjazd, czwórka tak samo, ale popsuty przez snejka, a piątka to porażka wszechczasów, na której umierałam (trzydniowe zmęczenie akurat wtedy miało ochotę się ujawnić ze wzmożoną siłą). W każdym razie zawody ukończyłam, nic sobie nie zrobiłam, rowerowi też nie, nawet żadnej konkretnej gleby nie było - niezaliczone! ;) O generalce oczywiście nie wspominam ;)
W niedzielę na dobicie eksploracja bajkparku w Spindlerovym Mlynie - generalnie słabo i na mega zmęczeniu, więc bez radochy specjalnej.
Podsumowując: ja chcę więcej na rower w Sudety! :)
Urodziny to urodziny! Impreza musi być! A że urodziny 45. to impreza odpowiednio godna i huczna się należy. Szanowny Jubilat: Baza na Gorcu :)
Ja za takimi wielkimi i walnymi imprezami nie przepadam, zwłaszcza, jak je mam organizować. No trudno, mus to mus. Zabierałam się do tego jak pies do jeża. No ale poszło i wyszło. Było baaardzo sympatycznie, ludzi całkiem sporo, atmosfera przefajna. Głównymi uczestnikami imprezy była stara gwardia gorcowa, Ci co bazę zakładali i prowadzili w jej początkach. Brakło tych, których Gorc teraz powinien interesować - bieżącego pokolenia kołowego w zasadzie nie było. Trochę smutno, bo ekipa sprzed 40, 30 lat powtrafiła się zebrać i spotkać na bazie, a młodzi to zwyczajnie olali.
No ale Gorc, to Gorc! Gorc to stan umysłu i tu zawsze jest pięknie! Aż zał było schodzić, wracam za dwa tygodnie :)
Zaproszenie w słoweńskie progi miałam od dawna, tylko jakoś kiepsko było z realizacją wyjazdu. W tym roku większych wypraw nie planowałam, ale chęć na jakiś wysokogórski rowerek się pojawiła, więc akurat pomysł zaczął się klarować. W efekcie babską, rowerową ekipą ruszyłyśmy na południe - lekko spontanicznie, z milionem różnych pomysłów wykorzystania słoweńskiego potencjału. Brak konkretu trochę nas potem zgubił, ale cóż bywa... Miało być przede wszystkim ultra-alpejsko-rowerowo, ale jak się okazało szukanie sytych singli w górach wysokich, to nie taka prosta sprawa. Była Lubjana, było morze, był mikro wspin, były ferraty i Triglav, no i dwa godne bajkparki. Wszystko pięknie! Góry rewelacyjne, miejsca fajne i świetni miejscowi bajkerzy, którzy nam swoją radą końcówkę wyjazdu uratowali. Nawet moja kostka, co prawie by była wyjazd storpedowała, dała radę i zachowywała się grzecznie - rower na skręcone stawy nie jest zły ;)
Jedyne co nie dało rady i wyjazd nam intensywnie próbowało popsuć, to ćwierć naszej ekipy, co to z innej planety chyba pochodzi, ale zmilczmy temat, po prostu nie zawsze się ma pełne szczęście do kompanii...
Podziękowania ogromne dla Piotrka i Tiny za przygarnięcie i gościnę :)
Po wizycie na Wielkiej Planinie wielce rozumiem miłość do AKS-u ;)
No i tu powinno się pojawić zdjęcie IMG_001.CR2, no ale się nie pojawi, bo już go nie ma, bo to jakiś testowy badziew był. W każdym razie rozpoczęła się nowa era fotograficzna w moim życiu :) Canon D7 zawitał na salony. Maszyna taka, że aż się jej boję, rozpakowywanie pudełka zajęło mi 1,5 miesiąca, ale udało się go w końcu oswoić i użyć! materiał w obróbce, zobaczymy co będzie...
Teraz się zacznie dopiero sprzętowe szaleństwo, szkła nowe trzeba będzie zanabyć i uczyć się, uczyć, uczyć, bo jest potencjał ogromny, tylko trzeba go umieć wykorzystać :)
Szybko, szybko! Wszystko na szybko i w ostatniej chwili... jak nie w wakacje. W tym roku wraz z nastaniem tego niby błogiego i wyczekanego przez większość czasu rzeczywistość zamiast zwolnić, jakoś tak dziwnie przyspieszyła, a czas niewiarygodnie przyspieszył.Czy ktoś mi wytłumaczy dlaczego? Przecież lipcowe długie dni są właśnie po to, żeby się snuć po kwiecistych łąkach Beskidu Niskiego albo leżeć w borówkach (lub w jagodach ewentualnie) na jakiejś gorczańskiej hali... Trudno! Spinamy się, przyspieszamy kroku, zagęszczamy ruchy, dokańczamy niedokończone, tylko żeby jak najszybciej urwać się w góry! jeśli nie da się fizycznie wsiąść w pociąg, autobus, auto czy pójść łapać stopa, to przynajmniej zapraszam do chwili górskiej lektury. O via ferratach, o środku Słowacji, o Pirenejach, o Szerpankach, o czarnych góralach, o górach bystrzyckich, o cystersach w Karpatach, o... górach... słów trochę skleconych na szybko, jak wszystko na szybko tworzone tego umykającego w niebezpiecznym tempie lata.
Zwolnij, proszę, trochę...
Jak szybko, to też krótko tym razem.
W zasadzie z moją śliczną stopą powinnam siedzieć grzecznie w domu i nigdzie się nie ruszać, a o zawodach ET w Zawoi zapomnieć. Mhmm... tia... Na zowody oczywiście pojechałam razem z moim rowerem (wszystkich, którzy właśnie padli na zawał proszę jednak o powstanie ;). Rower w zawodach wystartował, ja nie. Z powodu mojej kontuzji musiał godnie reprezentować rodzinę. A wszystko dlatego, że rower Agi został zaaresztowany w serwisie. Pojechała na Specu, nigdy wcześniej na nim nie siedząc - szacun! Ja za to z fotoaparatem pod pachą i kulami w ręce postanowiłam wyjechać krzesełkiem na Mosorny Groń i robić za fotografa imprezy. Fajna sprawa! Zupełnie innaczej się na to patrzy, jak się nie jedzie, tylko ogląda i foci.
W ramach uzupełnienia dnia był piękny widok na Babiszcze, sentymentalna wizyta w skansenie na Markowych Rówienkach, leżenie na trawie, pierogi w Tabakowym Chodniku i impreza urodzinowa z pasiastymi lans-skarpetami w roli głównej ;)
PS. Opuchlizna się wyraźnie zmniejszyła! jupi!
PS2. Koniec Ligi Światowej 2013! Wygrywają Rosjanie przed Brazylią, Włochami i Bułgarią - jak na IO :)
PS2. Koniec Ligi Światowej 2013! Wygrywają Rosjanie przed Brazylią, Włochami i Bułgarią - jak na IO :)
Gdyby kózka nie skakała... Dobrze żarło i zdechło... Mądry Polak po szkodzie... i takie tam... zna ktoś jeszcze jakieś takie przysłowie?
W każdym razie siedzę sobie teraz ze spuchniętym i fioletowym stawem skokowym i kwiczę. Klasyka siatkówkowego gatunku: atak-blok i masakra na kostce. Bardzo poważne skręcenie, dobrze, że nic poważniejszego, bo wyglądało groźnie. SOR na Wrocławskiej nawet nie był taki strasznie kolejkowy, a lekarz, który mnie przyjmował, nie dość, że był sympatyczny, to jeszcze konkretny i na dodatek siatkarz, więc wiedział o co chodzi ;)
No i co? I lipa! Zero siatkówki, zero roweru, zero zawodów, zero chodzenia... Wracam za 4 tygodnie!
Na dodatek: chodzenie o kulach to sport ekstremalny dopiero jest, trening siłowy pierwsza klasa, wszędzie są schody, wszędzie, a NFZ należy wysadzić w powietrze - do ortopedy mogę iść w listopadzie, prywatnie w przyszłym tygodniu...
Na dodatek: chodzenie o kulach to sport ekstremalny dopiero jest, trening siłowy pierwsza klasa, wszędzie są schody, wszędzie, a NFZ należy wysadzić w powietrze - do ortopedy mogę iść w listopadzie, prywatnie w przyszłym tygodniu...
Przepiękny weekend pod hasłem jednego, wielkiego, harkoru, rowerowego hardkoru pod wieloma postaciami. Na zachód! W Sudety! Do Mieroszowa! Kolejna edycja zawodów enduro emtb. Kluszkowce były mocne, a o Mieroszowie krążą legendy. Potwór Mieroszowski był karmiony cały tydzień i urósł do monstrualnych rozmiarów. Strach się bać! I słusznie! Zawody wyjątkowo trudne, OSy strome, kręte, o specyficznej, luźnej, sudeckiej nawierzchni. Takich ścieżek w Beskidach się nie znajdzie. Tereny genialne, góry piękne, pod rower idealnie wymagające. No i w końcu coś innego, nowego. Na zawodach śmierć w oczach - jeszcze się muszę duuuuuużo nauczyć - ale atmosfera świetna!
Założenia programowe zrealizowane: przeżyłam, nic sobie nie zrobiłam (rowerowi też nie), zawody ukończyłam i nie byłam ostatnia - w babach czwarta, w generalce bab trzecia :)
W niedzielę pojechaliśmy kupą na "czilałtową wycieczkę po zawodach" w Rudawy Janowickie. Górki cudne, zjazdy syte, skałki, jeziorka, widoczki extra, tylko jeszcze, żeby była chwila, co by na nie spojrzeć... Totalna porażka metodyczna w prowadzeniu wycieczki! I nie chodzi tu o przewodnickie zboczenie, tylko zwykłe, przyzwoite ogarnięcie faktu, że jedzie dziesięć osób i fajnie by było, żeby wszyscy to przetrwali i jeszcze mieli z tego jakąś przyjemność. No ale jak cyborgi zaiwaniają do przodu, nie informując całej reszty co, gdzie i jak, to się robi gonitwa, a nie fajne jeżdżenie. Ja wolę ciutkę inną organizację enduro-rzeczywistoście, ale poza tym było ładnie, ciekawie i inaczej. Fajnie, że była ogonowa grupa wsparcia :)
A z tematów inszych: argentyński finał Ligi Światowej nie dla naszych chłopaków :(
Góry po Robocie! Zaczął się sezon bazowy, to od razu mi to przyszło do głowy. Markowi też, więc szybko trzeba było plan realizować. Kierunek Lubań, bo weekendu na odwiedziny tamże w wakacje już niestarczy. No i mimo prognoz złych stawiliśmy się w czwartkowy wieczór na bazie. Nawet gwiazdy specjalnie dla nas wyszły zza chmur. A ja urzeczona zostałam lubaniowym boiskiem do siatkówki! Odkrycie: podstawowym i absolutnie koniecznym składnikiem naleśników, bez którego nie mogą się udać, jest cytrynówka. Zwłaszcza, jak się je smaży na bazie o 2.00 w nocy w środku tygodnia - no bo na Lubaniu naleśniki muszą
być! Mimo szczerych chęci rozsądnego pójścia spać, nie udało się. Po 2,5 godzinach snu skulaliśmy się na dół. Pierwsze dwie krople deszczu spały, jak wsiadaliśmy do auta. Dzień w pracy był trudny... ;)
Jest bardzo dużo gry! Dobiłam do trzech siatkówek tygodniowo! Dwie halowe i plażówka. Jedna halówka to ciąg dalszy z ekipą, z którą zaczęłam grać w ostatnim sezonie. Drugie granie halowe skończyło się wraz z rokiem szkolnym, ale jako spływowe pokłosie gramy twardo w siatkówkę plażową na piaskach AWFu.
Ale co najważniejsze wkręciłam się w fantastyczną ekipę, która gra w końcu tak, jak chciałam sobie pograć! Na bardzo wysokim poziomie! Same chłopy, które wiedzą co to jest konkretna siatkówka. Jest zagrywka, atak, blok, jest siła, jest gra kombinacyjna, jest bieganina w obronie i są hektolitry potu wylane na boisku. Podoba mi się bardzoooo!!!! Ja tak chcę grać! Takiej porządnej siatkówki szukałam! Mam nadzieję, że mnie nie wykopią ;)
Dzięki temu mogę ćwiczyć, to co faktycznie umiem i uczyć się tego w czym jestem słaba:
zagrywka - tu jest nieźle, nie mam tak mocnego serwisu jak chłopy, ale moja zagrywka jest perfidna i techniczna - albo opadające floty, albo asowe brazylijki w dziewiąty metr (nie do końca sobie z tym chłopaki radzą, więc jestem dumna i blada). Uczę się zagrywać z wyskoku, może się kiedyś nauczę...
atak - tu zawsze byłam dobra, choć granie zazwyczaj bez bloku trochę mnie rozpuściło. Teraz jest blok i to dobry blok, więc trzeba więcej kombinować, prostą ćwiczyć. Kilka czap dostałam, ale też kilka gwoździ wbiłam. Ha! I nawet czasem mi pajpy wychodzą! Poćwiczyć siłę i krótką.
blok - skakać w tempo to podstawa, wychodzi mi, choć ci z drugiej strony dość często mnie omijają. Ale nie zawsze im się to udaje i nawet mocne ataki jestem w stanie zablokować, a wybloki wyasekurować.
rozegranie - w sumie nigdy jakoś nie bawiła mnie rola rozgrywającego, ale ostatnio zaczynam ją doceniać. Jak jest z kim grać zaplanowane akcje, a nie przypadkowe zbicia, to jest to fajne. Potrzebna mi większa precyzja w rozegraniu w tył i na krótką, żeby nie gubić tempa.
obrona - lubię się tarzać po boisku, nie zawsze dobrze wychodzi, gwoździ nie wybronię, ale nie jet źle, a czasem nawet spektakularnie ;) Pady trzeba poprawić, bo kości biodrowe cierpią.
przyjęcie - tu jest nawiększa słabizna... nigdy nie byłam dobra w przyjęciu, choć czasem odbiór mocnej, kierunkowej zagrywki wychodzi mi całkiem przyzwoicie, podkręcone też zdarza mi się wybrać, najgorzej jest z najpopularniejszym, nie bardzo mocnym flotem - chyba nikt tego nie lubi.
Siła, wyskok, szybkość, precyzja - wieczny trening! ;) Jak ja uwielbiam siatkówkę!!!
Radocyna! Radocyna! Radocyna! Jak ja lubię Radocynę! Jedyny niezaplanowany weekend w te wakacje musiał zostać przeznaczony na Radocynę, po prostu musiał!
Najpierw miała się wybrać mega enduro-ekipa, ale prognozowane trzy krople deszczu tę oto ekipę zniechęciły. Pojechałyśmy zatem z Anną K. jedynie w towarzystwie naszych rowerów. No i zaczął się radocynizm wzorcowy piątkowo-wieczorny z kontynuacją na sobotni poranek, przepraszam, przedpołudnie ;) Koło południa właśnie udało mi się w końcu wsiąść na rower i zrobić sympatyczne kółeczko. Już miałam wracać na bazę dokańczać słodkie lenistwo, kiedy w hotelu nadziałam się na dwóch enduro-niespodzianków, co to mieli do Mieroszowa jechać, a wylądowali w Radocynie. Pojechalim razem dalej. Udało mi się w spektakularnie niemożliwy sposób rozwalić kask i trochę głowę zahaczając o gałąź drzewa, pod którym zupełnie świadomie przejeżdżałam. To tylko ja potrafię! :D A w sklepie w Wyszowatce - kulawy miś! Zakupilim na wieczór w sumie trzy butelki ;) No pięknie! Piękne drogi, piękne ścieżki, piękne łąki! I znów radocynizm wieczorno-przedpołudniowy w towarzystwie, wspomnianego wcześniej, misia ;) I znów na rower! Konkret rower! Mimo startu w okolicach południa dziecko się solidnie zmęczyło. A! w Regetowie pociągnęli asfalt do cmentarza! Po co?!?!
Z newsów radocyńskich: na bazie jest nowy, mały mieszkaniec, Ptaśkiem zwany. Najpewniej to jaskółka, młoda, co z gniazda wypadła, bez ogona. Cała społeczność bazowa łapie dla niej muchy i zajmuje się karmieniem.
Aaaaa, próbowałam okiełznać monocykl! Średnio mi szło, dwa kółka jednak lepsze!
Aaaaa, próbowałam okiełznać monocykl! Średnio mi szło, dwa kółka jednak lepsze!
W ramach dobrego podsumowania weekendu nasi siatkarze podwójnie ograli Amerykanów i nadal jest szansa na finał LŚ :)
No i znowu, i poraz kolejny! Jeszcze nam się nie znudziło?
No nie, nie znudziło! Rozbijaliśmy Gorc po raz szósty w naszej erze ;)
Obmyślanie, kupowanie, pakowanie i siup - jazda do Gochy w piątkowe popołudnie. Wóz podstawiony, spora część ekipy już na miejscu, więc w zasadzie pozostaje imprezowo rozpocząć akcje pod tytułem "rozbijanie Gorca 2013". Całe dwie godziny piętnaście minut snu, misiowa pobudka i 5.30 gotowość bojowa - pakowanie! (oczywiście zapomnieliśmy kilku drobiazgów zabrać...) Pyrkamy sobie traktorem w dół, potem w górę, w międzyczasie jeszcze dopak zakupów przy aucie. I dotarliśmy na Gorc! Rozpakowanie, śniadanie i do dzieła! Dzieło wielkie i wymagające, ale dzielna ekipa walczyła zwycięzko, mimo miejscami przeszkadzającego nam deszczu. No bo przecież deszcz to stan umysłu ;)
Z wydarzeń ciekawszych - dwa NSy dostały nóżek, no bo przenosiliśmy je... w całości ;) A przenosiliśmy je dlatego, że bazowy NS spleśniał straszliwie i trzeba go było zamienić ze świetlicą :( Oczywiście odbyły się też ćwiczenia terenowe z fliszu karpackiego, powstał piec i nawet został jeszcze w sobotę wieczór rozpalony - no idelanie prawie. A wieczorkiem ogniskowa imprezka na dobry początek seoznu. Niedziela ciut bardziej słoneczna i bezdeszczowa, zatem udało się sprawnie i szybko dzieła dokończyć.
Studencka Baza Namiotowa Gorc zaprasza wszystkich w swe zielone progi przez najbliższe dwa miesiace!
Dzięki! Cześć! I chwała! Dzielnej ekipie rozbijającej!
Absolutnym hitem sezonu są: kafeterka i różowe kalosze!
Absolutną porażką sezonu jest spleśniały i zgniły NS...
Hasło: deszcz to stan umysłu, ewoluowało w: Gorc to stan umysłu!
A na zakończenie weekendu kultura wyższa - "Carmina Burana" prezentowana przez orkiestrę i chór Opery Krakowskiej na dziedzińcu wawelskim.
Aaaaaaaaa i nasi ograli Argentynę! Dwa razy! Teraz już będą wygrywać wszystko! Tak będzie!
Aaaaaaaaa i nasi ograli Argentynę! Dwa razy! Teraz już będą wygrywać wszystko! Tak będzie!
Tadam! No i po dwóch latach skałowej separacji nastąpiła wiekopomna chwila w postaci małego powrotu do wspinania :) Nadarzyła się okazja, to się w skały wybrałam, na linie zawisłam, gdzieś tam się wspięłam w stylu żadnym ;) No i fajnie, na luzie bez napinki, bez formy kompletnie też, ale za to w miurowym bólem paluchów. Co tam! Miło było i może jeszcze będzie :)
A na deser znowu burza i kryspinowe moczenie gnatów.
I wszystko byłoby świetnie, tylko nasi siatkarze przegrywają w LŚ... Ktoś wie czemu?
I wszystko byłoby świetnie, tylko nasi siatkarze przegrywają w LŚ... Ktoś wie czemu?
Rower! Rower! Rower! konkretny rower! Była spora przerwa, więc rower!!!
Wstępem do weekendu miała być rowerowa imprezka ogniskowa na Zakrzówku. I dobrze się poskładało, bo ruszenie roweru spod ściany zakończyło się panicznym stwierdzeniem: co się stało w moimi sterami??!! Szybki demontaż i czyszczenie syfu, który tam się znalazł zapewne po zawodach w Kluszkowcach, zakończyły się diagnozą: zatarte na amen dolne łożysko... No to spid z łożyskiem w ręce do serwisu z hasłem "ratunku!" na ustach. Dajcie mi nowe łożyska! No o tym można zapomnieć, bo oczywiście to łożyska z kosmosu, na które się czeka minimum dwa tygodnie. Ale miły pan, widząć w mych oczach wizję zmarnowanego weekendu, w cudowny sposób łożysko ożywił. Jakoś tam się rusza, szału nie ma, generlanie do wymiany, ale przez chwilę jeździć się jeszcze da. Uff... (A imprezka była bardzo sympatyczna).
No ale do rzeczy! Sobota - rower! Ale jakoś tak sennie, upalnie, jakoś się nie chce nic... A nad zaplanowaną i wyczekaną Romanką jakieś takie dziwne ołowiane chmury zawisły. Nic To! Trzeba walczyć! No właśnie z tą walką, to ciężko było, bo największą chęć mieliśmy na położenie się spać. Miały być dwa piękne zjazdy z Romanki, ale tuż przed wykulaniem się Halę Pawlusią tak lunęło i tak przywaliło piorunami, że plan rozpłynął się szybko w strugach ulewnego deszczu. Niemniej jednak udało się pokonać bardzo fajny kawałek czerwonego szlaku na Słowiankę. Potem niestety odwrót, bo burzowe klimaty i awaria jednej sztycy myk-myk raczej dyskwalifikowały nas do dalszej jazdy. Zatem powrót do Kraka i spontaniczny wjazd na afterek piątkowego ogniska z widokami na wiankowe sztuczne ognie :)
Haha! Nowy pomysł się urodził! Po spływie, zafascynowani piaskiem, boiskami i fajną grą postanowiliśmy kontynuować zmagania z siatkówką na piasku. Rewelacyjnym odkryciem w tym temacie jest profesjonalne boisko do plażówki na AWF-ie, które można wynająć za zupełnie niewielkie pieniądze. Zatem gramy! Cioramy się w piachu! I jest pełen ubaw! I jakoś tak dziwnie wychodzi, że niekoniecznie na samej siatkówce się kończy ;) Tym razem w ramach bonusu przedłużającego imprezę był prawie nocny Kryspinów!
Akcja rozpoczęta! Takie upały, że nawet myślenie przychodzi z trudem. Jedyne o czym człowiek marzy przez cały dzień, to zanurzyć się w chłodnej wodzie. Zatem wzorem lat ubiegłych spontanicznie rozpoczęłyśmy kryspinowskie, wieczorne kąpiele. Rozpoczęcie było tak godne, jak zeszłoroczne zakończenie ;) Ufff, w końcu jakaś ochłoda!
No tak jakoś wyszło, że się zrobiło 3,5 dnia imprezy ;)
Zaczęło się od czwartkowych urodzin Dronki, które świętowaliśmy w ramach plażowych spotkań siatkówkowych na AWFie. W piątek, tak niestandardowo, ognisko kołowe, na które pierwszy raz od kilku lat nie pojechałam na rowerze. No trzeba przyznać, że świeżoupieczonym nawet udało się nawiązać do starych, dobrych, ogniskowych tradycji ;) A weekend właściwy? Weselny! Czyli wyprawa na imprezę do Oli i Budkacego. W sobotę miał być rower konkretny, ale dobra jakość ogniska trochę te plany zweryfikowała. Zatem miała być niespieszna jazda pogórska, która skończyła się ledwie na rogatkach Krakowa. Na prostej, asfaltowej drodze można sobie zmasakrować napęd... można! Ja potrafię! Efekt: skrzywiony hak, skręcony w trąbkę wózek tylnej przerzutki, skrzywiony łańcuch i scentrowane koło... Koniec jazdy! Nawet na sztywno nie dało rady tego uruchomić :( Odwrót do domu i jazda samochodem, ale z drugim rowerem w bagażniku ;)
Wesele! Wesołe wesele niestandardowe Oli i Budkacego. Pod Wieliczką na zielonej trawce - pełen uciech, dwa slaki, siatkówka, badminton, rowery, leżaki, kocyki, wypas gril i ognisko. Nie do końca zamierzone spanie pod chmurką i dłuuugie niedzielne wylegiwanie na trawie! Rewelacja! Absolutna rewelacja! Tysiąc razy lepsza impreza niż klasyczne sukienkowo-szpilkowe weselicha! Sto lat Młodej Parze!
PS. Kieca odzyskała swą śnieżną biel (moja, nie Panny Młodej ;)
PS. Kieca odzyskała swą śnieżną biel (moja, nie Panny Młodej ;)
Niby taka spokojna, półwyjazdowa perspektywa... ha, ha, ha! Najpierw trzeba się było wyspać, że niby na zapas. 14.00 to idealna godzina pobudki w leniwą sobotę. Akurat, żeby wskoczyć w kiece, szpile i lecieć Olę z Budkacym za mąż wydawać, znaczy towarzyszyć im w tym kroku. No i hajtnięci, wszystko według protokołu, szpalerem z nart i czekanów z kościoła wyprowadzeni! Młodzi z rodziną na obiadek, a my ekipą alternatywnie na plażę ;) No w sumie niezupełnie... grać w siatkówkę plażową! Na AWF-ie bardzo fajne boisko mają, więc dziecko sobie piling wszystkiego w piachu zrobiło i piłkę trochę potłukło :) Meczyk miał swoją imprezowo-gitarzoną kontynuację do późnych godzin nocnych...
A w niedzielę wyprawa na północ! Obowiązek reprezentacyjny wzywa! Zaczęła się Liga Światowa 2013! Polacy zaczęli ją źle, od porażki z Brazylią w Warszawie. Teraz czas na rewanż w Łodzi, do której to właśnie ruszyłyśmy ustrojone w biało-czerwone barwy. Zanim do Atlas Areny dojechałyśmy, trochę pozwiedzałyśmy zamki Jury Północnej i zaliczyłyśmy szybki przelot przez Piotrkowską. Pod halą trzeba się było zaopatrzyć w odpowiedni szaliczek i do boju!
Mecz dobry! Atmosfera nieziemska! Uwielbiam to! Uwielbiam siatkówkę! Uwielbiam naszą reprezentację! Uwielbiam oglądać mecze na żywo! Cóż z tego, że przegrali? Gra była ładna! Była Walka! Tylko ten nieszczęsny tie-break no...
Totalnie biało-czerwono! Totalna głupawa! Nocny powrót do Kraka i poniedziałkowe, pracowe zasypianie ;)
No! A teraz, Panowie, zabierać się za wygrywanie!
W myśl nowej, bożocielnej tradycji po raz trzeci spłynęliśmy! Tym razem prężna, dwunastoosobowa załoga Pięknych Syren Dziobowych i Dzielnych, Silnych Wioślarzy pokonała żywioł Liswarty i Warty.
Zaczęło się od konkretnego hardkoru... Wysoki stan wody, zakręty, wąsko i krzaki. No trzeba się było namanewrować. Jak się okazało leniwe pływanie kajakiem po spokojnej, nizinnej rzece może dostarczyć niebywałych emocji i być naprawdę niebezpieczne. Nasz kajak i my mieliśmy niebywałą okazję pozwiedzać jaz od spodu. Chwila nieuwagi, nie zdążyliśmy zaparkować przy brzegu, zepchnęło nas na jaz, wywróciło kajak i wsysło nas pod spód, kajak potem też. Wypłynęliśmy po drugiej stronie. Cud wielki, że nie stało się nam nic! Rzeczy też nie potraciliśmy, nawet bardzo wykąpane nie były. Gitara w całości i aparat foto również. Wypadek poważny, w życiu bym nie wpadła na to, że coś tak niebezpiecznego na zwykłym spływie łatwą rzeką może się wydarzyć... Kolejne piwo dla Anioła Stróża! Tego dnia dalej już nie popłynęliśmy.
Dzień następny byl w zasadzie słoneczny w różne atrakcje typu bystrza, progi i przenoski obfitujący. Po drodze mijaliśmy ekipę, która zaliczyła podobnie mocną wywrotkę na resztkach młyna i miała spore kłopoty z wyciągnięciem utopionego kajaka z silnego nurtu. W końcu też udało się pograć w siatkę! A wieczorem komary pożarły nas żywcem! W całości! Wszystkich!
Dzień Dziecka uczciliśmy nieumyciem zębów i odśpiewaniem wszystkich piosenenk z repertuaru Fasolek, Tik-Taka i Natalki Kukulskiej, które nam się przypomniały ;) Akurat przedpołudnie było chłodne, więc, żeby rozgrzać przemarznięte stópki skorzystaliśmy z bardzo fajnie przygotowanego boiska do siatkówki plażowej, które akurat nam się nawinęło i rozegraliśmy kolejnego seta. A miejsce z daszkiem i ławeczką było też dobre, aby przeczekać deszcz, który nie wiadomo skąd się pojawił. Na szczęście też się odjawił, zatem ruszyliśmy dalej, by znaleźć odpowiednio ociekające fantastycznością miejsce na nocleg i imprezę urodzinową Anny K. Ognicho, tort, trąbki urodzinowe, zamoknięte race tortowe, które wybuchły w ognisku, 12 osób w jednym namiocie i gitarowanie prawie, że o mało co do świtu.
Dzień ostatni, prawdziwie spływowy, w słonku, z cumuluskami na niebie, opalenizną na twarzy, leniwym tratwowaniem, piwka popijaniem, kolejnym siatkówkowym meczykiem na świetnym boisku (klub kibica mamy fantastyczny!) i ogólnym, wodnym czilałtem. A tu, kurcze blade, trzeba wracać na ląd...
Mimo średnio sprzyjającej pogody i mrożących krew w żyłach przygód, udało się pokonać 74 km rzeki, w tym 30 km Liswartą.
A tak na marginesie, Boże Ciało w 2014 roku wypada 19 czerwca, a rzeka która pojawiła się na celowniku to Wieprz. Już trzeba rozpocząć treningi! ;)
