Idealny przykład, jak można wyjazdowo zdezorganizować weekend. No, ale może nawet z pewnych względów dobrze tak bardzo czasem pobyć sobie chwilę normalnym człowiekiem, normalnie spędzającym dwa urocze, wolne, wiosenne dni - byle nie za często. W każdym razie było poważnie, było muzycznie, było snobistycznie, a i nauki o pomarańczowych rajstopach do myślenia dały.
W ramach kręgosłupowej rekonwalescencji weekend z założenia mało ambitny, choć pokus wszelakich od metra. Że niby wspinanie na gnata najmniej szkodliwe (ciekawe z której strony?), to stanęło na tej formie aktywności. A że w piątek wiosną mocno i ciepło powiało, zatem siedzenie na panelu i wdychanie magnezji nie wchodziło w grę - w skały trzeba było się ruszyć, sezon rozpocząć. Chochołowe na celowniku, ale tam "teren prywatny" się nagle zrobił :( Więc sąsiednie Witkowe zostały oblężone. Dalej nie napiszę wiele, bo podsumować można słowem jednym: porażka... Ale dzionek wiosenny, miły, a następną razą może lepiej wspinowo będzie, miejmy nadzieję...
Mała sesyjka zdjęciowa niebieskiej liny tutaj.
Znów miał być solidny wypad tatrzański, ale kilka czynników w tym przeszkodziło. Zamiast tego wylądowałam w Małym Cichym. Z nie do końca sprecyzowanymi planami, z nartami pod pachą zapakowałam się w piątkowy wieczór do autobusu. A na miejcu śnieg, śnieg, dużo śniegu, dużo sypiącego, walącego śniegu. Z racji pogody i kawałka lenia weekend minął na bezstresowym narciarstwie wyciągowym. A przy okazji można było dwudniowe ciele pooglądać, drewniany kościółek na górce zobaczyć, spontanicznie na chwilę zakopiańskie progi nawiedzić i ciut sobie odpocząć.
Dwie nowe sprawności zdobyte: zakładanie łańcuchów samochodowych po ciemku oraz sprawność bardzo skutecznego instruktora narciarskiego ;)
Zdjęć nie ma, bo ani weny specjalnie nie było, ani potrzeby by focić.
Ale puch! Takiego świeżutkiego puchu moje narty jeszcze nie widziały, a ja po czymś takim jeszcze nie jeździłam! Cudo! Ale od początku. W piątek rano coś nieśmiało zaczęło w końcu sypać, zatem spontanicznie, jak zwykle, w piątek wieczór wylądowałam w moich dawno niewidzianych, kochanych, zakopiańskich progach :) Mieliśmy z foki Kopę Kondracką zdobywać, ale że przysypało mało bezpiecznie, a i mgła totalna, to plan został zmodyfikowany do okolic Kasprowego, zatem rańcem sobotnim szybki atak na górę narciarzy. Cały czas sypało cudnie, mróz niemożebny, a na górze słonko wyszło na chwilę. Warunki niesamowite, no więc poza trasę nas poniosło. Trzeba przynać, że jazda spod Pośredniego, jak na Goryczce odbywały się zawody skiturowe TPN, podniosła nam adrenalinę - takiego zagęszczenia parkowców na metrze kwadratowym trasy to rzadko można doświadczyć ;) Mój pierwszy prawdziwy ślad w zupełnie dziewiczym śniegu wyglądał całkiem ładnie! Jednak to ciężka praca jest. Popołudnie nam zeszło na uroczym nicnierobieniu. Po drodze zdobyłam sprawność: "superniania małego supersłodziaka" ;) Dzień zakończyliśmy zasypiając nad planszą Talismana. W niedzielę puchowa powtórka z Kasprowego w jeszcze większym i fajniejszym śniegu! No chyba sobie kupię freeridowe łopaty ;) Taka jazda jest niesamowita! Wprost nieziemska! W nagrodę był krupówkowo-knajpiany lans wzorcowy - czasem trzeba ;)
A tu kilka fociszczy z przedsmaku kaspro-puchu właściwego i z zakopiańskich, kuchennych posiadów. Tego co działo się na samej górze żadne zdjęcia nie oddadzą ;)
Kolejny zimowy wypad w Taterki. Mimo że już tradycyjnie cały tydzień prognozy były kiepskie, wiał halny, a lawinowa trójka nie chciała stać się dwójką, podjęliśmy wyzwanie.
Tak więc ulubiony, sobotni autobus o 5.35 do Zakopaca, a tam leje, potem na Palenicę, a tam sypie, potem do Piątki, a tam już nie sypie. Podjęliśmy próbę dotarcia na Krzyżne z planem zejścia do Murowańca. Zrobiliśmy testy lawinowe, ale ich interpretacja była co najmniej dziwna - próbujemy! Nie dało rady - śniegu sporo, późna godzina i uroczo pęknięty śnieg po wejściu w niezbyt fajne miejsce - trzeba się było szybko zwijąć. W międzyczasie zaliczyłam mało miły, niespodziewany, kilkumetrowy zjazd - dobrze, że stok nie był stromy, a moja reakcja szybka i dobra, nawet się zestresować nie zdążyłam - hamowanie czekanem przećwiczone. Naszym zabawom, ze stoickim spokojem przyglądała się niestrachliwa kozica. Odwrót, żeby nie było za prosto, zapodaliśmy z ominięciem schroniska, w dół do doliny Roztoki. Migusiem na Palenicę, fuksiarski stop do Zakopca i jeszcze cudny spacerek do Murowańca w świetle księżyca, gwiazd i podhalańskich stoków narciarskich - coś pięknego! Zwieńczeniem dnia była spora porcja wiśniówki ;) Rano - wiatr, mega wiatr, ale i słoneczko i dziwaczne chmury, więc lajtowy pomysł na Żółtą Turnie, którego lajtowość skończyła się po pierwszych kilku krokach w śniegu do pół uda, kosówce, przy wietrze wiejącym w twarz z prędkością 100 km/h... Nie było opcji, znów odwrót... Na otarcie łez była szarlotka w schronisku i Kasprowy o zachodzie słońca - tak, żeby cokolwiek zdobyć w ten weekend ;) W ogóle to świat się kończy - w ciągu dwóch tygodni dwa razy wylądowałam na Kasprowym i ani razu nie miała ze sobą nart...
I znów wyszedł naprawdę mocny, wykańczający, tatrzański wypad. Oby więcej! A Krówka mówi: To Twój szczęśliwy dzień!
Straty wyjazdu: pozbyłam się skóry na piętach - chodzenie w innych butach niż klapki, to chwilowo wyzwanie.
Zdjęć trochę tu. Można popatrzeć na niesamowitości pogodowe, jakie nam były dane. Tym razem lustro zostało w domu, testowałam zdolności małego idioty bojowego.
Tak więc ulubiony, sobotni autobus o 5.35 do Zakopaca, a tam leje, potem na Palenicę, a tam sypie, potem do Piątki, a tam już nie sypie. Podjęliśmy próbę dotarcia na Krzyżne z planem zejścia do Murowańca. Zrobiliśmy testy lawinowe, ale ich interpretacja była co najmniej dziwna - próbujemy! Nie dało rady - śniegu sporo, późna godzina i uroczo pęknięty śnieg po wejściu w niezbyt fajne miejsce - trzeba się było szybko zwijąć. W międzyczasie zaliczyłam mało miły, niespodziewany, kilkumetrowy zjazd - dobrze, że stok nie był stromy, a moja reakcja szybka i dobra, nawet się zestresować nie zdążyłam - hamowanie czekanem przećwiczone. Naszym zabawom, ze stoickim spokojem przyglądała się niestrachliwa kozica. Odwrót, żeby nie było za prosto, zapodaliśmy z ominięciem schroniska, w dół do doliny Roztoki. Migusiem na Palenicę, fuksiarski stop do Zakopca i jeszcze cudny spacerek do Murowańca w świetle księżyca, gwiazd i podhalańskich stoków narciarskich - coś pięknego! Zwieńczeniem dnia była spora porcja wiśniówki ;) Rano - wiatr, mega wiatr, ale i słoneczko i dziwaczne chmury, więc lajtowy pomysł na Żółtą Turnie, którego lajtowość skończyła się po pierwszych kilku krokach w śniegu do pół uda, kosówce, przy wietrze wiejącym w twarz z prędkością 100 km/h... Nie było opcji, znów odwrót... Na otarcie łez była szarlotka w schronisku i Kasprowy o zachodzie słońca - tak, żeby cokolwiek zdobyć w ten weekend ;) W ogóle to świat się kończy - w ciągu dwóch tygodni dwa razy wylądowałam na Kasprowym i ani razu nie miała ze sobą nart...
I znów wyszedł naprawdę mocny, wykańczający, tatrzański wypad. Oby więcej! A Krówka mówi: To Twój szczęśliwy dzień!
Straty wyjazdu: pozbyłam się skóry na piętach - chodzenie w innych butach niż klapki, to chwilowo wyzwanie.
Zdjęć trochę tu. Można popatrzeć na niesamowitości pogodowe, jakie nam były dane. Tym razem lustro zostało w domu, testowałam zdolności małego idioty bojowego.
Ostatnio specjalizuję się w spontanicznych zmianach weekendowych planów. Miały być narciochy krynickie, a wylądowałam w Śląskim, na turach oczywiście. Niby miałam dołączyć do kursu, który kończył obóz zimowy, ale jakoś średnio mi wyszło. Była za to leniwa turo-jazda :) Jakimś strasznym rańcem do Ustronia, a tam leje, ciut wyżej naszczęście śnieżyło, ale syf był niemożebny. Zatem z foki na Równicę, a tam w schronisku PTTK kelner w białej koszuli, z rączką za plecami podał mi kawę, a potem bardzo chciał porwać filiżankę, jak ja jeszcze nie skończyłam - uciekłam szybko... Miły zjazd leśny do Brennej, choć śnieg mokry i ciężki, potem człapanie na Błatnią. W ramach czekania na ekipę kursową można się było wyspać. Wieczorne posiady, a z rana miłe pogodowe zaskoczenie, więc myk razem na Klimczok, a tam chmury się podniosły i Skrzyczne wezwało! No to w dół po lesie do Szczyrku i pod krzesełko. Chwila dylematu i burżujska decyzja - foczyć mi się nie chciało, więc za karę solidnie wymarzłam na wyciągu. No ale w końcu mialam okazje posmakować czarnej trasy i trochę pozatrasowej jazdy też - warunki straszne - albo walka na lodzie, albo trawa i kamienie. Mimo to, miło było się zmęczyć :)
Straty tury (to chyba będzie stała rubryka...): świeżutko wyserwisowane ślizgi wyglądają tak, jakby przeżyły ciężki sezon...
Kilka takich przemysleń z weekendu... Szkolenie kursowe już mi się nudzi, jakoś przestało mnie bawić sterczenie na panoramkach i wyduszanie z kursantów strzępków wiedzy, a jeszcze nie tak dawno życ bez tego nie mogłam - smutne trochę. Tak w sumie stwierdziłam, że lubię sobie sama beskidzko turować (w Tatry solo, wiadomo, nie da rady). Człowiek sobie foczy, jak chce, gdzie chce, kiedy chce i jeszcze nikt nie widzi, jak w lesie sobie marnie radzi ;) A jak się ma ochotę na wyciągową jazdę, to też można się swobodnie poburżuić :)
Zdjęć tym razem nie ma ani pół, bo niestety czasem się nie pamięta, że baterie do aparatu to ładować należy niekiedy. A ze Skrzycznego takie ładne widoki były...
Nie może być! Pierwszy wyjazd w tym sezonie zimowym w góry bez nart! Ale za to jaki! Z foczeniem dalej nie najlepiej, więc spotanicznie wyszło zupełnie co innego, mocno tatrzańskiego. Tak więc narty zostają w domu, a mimo kiepskich prognoz w plecaku ląduje szpej :) Po półgodzinie snu z piątku na sobotę, trzeba się było zapakować do autobusu o jakiejś chorej godzinie, potem migiem na Kasprowy (pierwszy raz w zimie z buta, nie z narty). A tam syf, mgła śnieg, wiatr i inne takie przyjemności. Nic to! Związać się trzeba i pomykamy na Świnicę. Wierzchołek taternicki udało się zdobyć! Ze względu na późna godzinę i mocno niemiłe warunki została podjęta jak najbardziej słuszna decyzja, że wierzchołek właściwy odpuszczamy. No to do Murowańca z Przełęczy Świnickiej bardzo śniegowo czujnie w dół i potem niby szybko, sprawnie przez pojezierze do schroniska. Nic bardziej mylnego - jak się nie wceluje w szlak, to się ma jeszcze po drodze przyjemność przecierania śniegu miejscami po pas przez hektary kosówki. Urocze trzy godziny... No ale zwięczeniem sukcesu było trochę schroniskowego ciepełka. I mimo, że Murowańca nie lubię, to miło było. Dnia następnego atak na Kościelec. Pogoda odziwo lepsza. Najpierw nad Czarny Staw i pod Karb - niewiele poniżej przełęczy nie puściło, śnieg niebezpieczny - zatem uzasadniony odwrót. Przy okazji mogliśmy popatrzeć, jak spod Granatów zeszła lawinka - robi wrażenie, dobrze, że z daleka. Jak nie da rady z tej strony, trzeba zajść go od tyłu, więc dookoła, znów przez pojezierze, tym razem szlakiem na szczęście. A tuż pod przełęczą jakieś słońce zaczęło wychodzić, chmury się przerzedziły, góry się pokazały! I moje trzecie widmo Brockenu! Mało czasu. Z Karbu szybko na górę. Nie wiążemy się. Kościelec zimowo zdobyty! I znów bezpiecznie na Karbie - po drodze tylko cztery stresy ;) Warunki w kierunku Czarnego Stawu lepsze, kilka osób schodziło, to my też - zjeżdżamy. Szybko i sprawnie na dole, tylko z zimną pupą ;) Na chwilkę zahaczamy o schronisko i mykamy do Kuźnic.
Mega mocny wypad! Chyba nikt normalny w taką pogodę, przy takich warunkach śniegowych, w takie góry za bardzo się nie pcha, a my tak :)
Straty wyjazdu: solidnie roztargane rakiem goretexy :(
A tak w ogóle to Krówka mówi: Do dzieła! Nie poddawaj się! ;)
No i jeszcze fotki - tym razem mało bardzo, bo jakoś nieporęcznie było z lustrem walczyć.
Mega mocny wypad! Chyba nikt normalny w taką pogodę, przy takich warunkach śniegowych, w takie góry za bardzo się nie pcha, a my tak :)
Straty wyjazdu: solidnie roztargane rakiem goretexy :(
A tak w ogóle to Krówka mówi: Do dzieła! Nie poddawaj się! ;)
No i jeszcze fotki - tym razem mało bardzo, bo jakoś nieporęcznie było z lustrem walczyć.
Śnieg dalej wcale nie jest solidny, no ale trzeba się było przeszkolić lawinowo. Takie szkolenie powinno być obowiązkowe raz do roku, jak pierwsza pomoc, autoratownictwo i jazdy na czekanie. Wybrałam się zatem na Halę Miziową na kurs orgzanizowany przez odradzającą się właśnie Sekcję Narciarstwa Wysokogórskiego KW Kraków. Docieranie w piątkowy wieczór do Korbielowa okazało się nieco skąplikowane i utknęłam na dwie godziny na dworcu w Żywcu, co wróżyło nocne foczenie na Miziową. Ale, że ja mam szczęście i stopa potrafię złapać wszędzie, prawie w połowie podejścia, koło północy, podjechał do mnie sympatyczny goprowiec na skuterze i postanowił zabrać mnie na górę. Pierwszy raz w życiu jechałam takim pojazdem - na stromszych odcinkach było ciekawie. Od samego sobotniego ranka zabraliśmy się za szkolenie: były testy śniegowe, latanie z pipsami po lawinisku (mogłam sobie w końcu solidnie potestować swój detektor), sondowanie, kopania mało, bo nie za bardzo było w czym kopać. W przerwie kilka zjazdów i eksploracja zakrzaczonej, czarnej trasy z Miziowej na Szczawiny - mocna rzecz. A zamiast obiadu pierwsza próba zdobycia Pilska - w połowie drogi moje foki postanowiły się odkleić i krzyknąć: chcemy do serwisu! Popołudniu wykłady, a wieczorem posiady przy wiśnióweczce... Godzinę przed świtem gotowość bojowa i druga próba zdobycia Pilska. Tym razem dotarłam do jednej trzeciej drogi i po stwierdzeniu, że wschodu słońca i tak nie będzie, wróciłam. W totalnej chmurze, na dzień dobry rozpoznawaliśmy sobie rodzaje śniegu, a potem podejście trzecie do Pilska. Oj, ładna, odziwo słoneczna tura nam wyszła z miłym zjazdem w odrobinie świeżutkiego puchu. No i dalej do pipsów, ćwiczyć! Jak już szkolenie się skończyło trzeba było zjechać na dół - nie lubię jeździć z większym plecakiem. I znów wylądowaliśmy w krzakach czarnej trasy, potem w lodzie nartostrady i na kamerdolcach gdzieś już prawie na dole. Powrót do Kraka poszedł zdecydowanie sprawniej niż piątkowa podróż.
Fajnie było! SNW to całkiem niegłupi pomysł ;) Nasze lawin nauki i spacery z fokami do podglądnięcia tu.
Tydzień jakoś tak się zrobił wyjątkowo towarzyski. Zaczęło się od tortilli, przez kurczaka po chińsku, chilijskie i mołdawskie wino, po sushi. Spotkania tak różne, jak te frykasy ;) W międzyczasie, jak zwykle odbywał się nieustanny monitoring warunków śniegowo-pogodowych z nastawieniem na porządną, tatrzańską turę. I po raz kolejny tej zimy w okolicach piątku trzeba było zapomnieć o marzeniach na temat dużej ilości cudnego, białego i zweryfikować plan. Zatem choćby Kasprowy... No i może śniegowo było ok, ale pogodowo zdecydowanie nie-ok. Stanęło na niezbyt ambitnym rozjeździe śnieżnickim. Jakoś ten stok wydawał mi się te kilka sezonów temu trudniejszy i, co tu dużo mówić, trochę mi się nudziło. A jak się człowiekowi nudzi w takich okolicznościach przyrody, to wjeżdża do lasu :D Śniegu przyzwoicie - tak, żeby się nie zabić, choć do ideału daleko. Jazda ciekawa, bez bliższych spotkań z drzewami. W zasadzie to jestem z siebie dumna, bo chyba pierwszy raz wjechałam w dość gęsty las na nartach bez przerażenia w oczach. Przeżyłam i jeszcze na dodatek mi się podobało, bardzo! Podziwiać to należy tu ;)
Ha! Nadszedł ten jedyny w roku wieczór, kiedy zakładam kieckę i szpilki! Bal Przewodnika! Hasło balu: Dziki Zachód, czyli każdy kiedyś chiał być kowbojem - to było widać! Konwencja balu doprowadzila do tego, że panowie w zdecydowanej większości, słusznie zresztą, przyszli w dżinsach. A ja chciałam sobie te garniaki pooglądać... Ale za to ilość damskich szpilek była odpowiednia. Pojawiło się całe stado szeryfów, byli "WANTED", kaktus, lasso, indianki, panie z saloonu, muzyka country, farmerzy i galaretka - to słowo zmieniło swoje znaczenie ;) Fajne miejsce i cała noc świetnej imprezy. Szpilki założyłam - żeby nie było - i sukienkę też, i wytańczyłam się, też ;) Co to był za bal spojrzeć wystarczy.
Co ta zima w tym roku wyprawia? Najpierw zaskoczyła jakimś takim dziwnym i niespodziewanym październikowym wybrykiem. Spragnieni śniegu, zwłaszcze tego pod oklejoną foką nartą od razu wyruszyli sprawdzić czy to białe w górach, w środku jesieni na pewno jest prawdziwe. Było prawdziwe! I stopniało, no ale w końcu to jednak jesień. Przyszło czekać na zimę właściwą...
Nadeszła połowa listopada. No niby w górach to już czas na zimę. Pojawiła się, sypnęła ładnie, połechtała lekko świeżo serwisowane ślizgi nart, odwróciła się na pięcie i sobie poszła. Pomroziła tylko przez chwilę w międzyczasie, dając złudny cień nadziei. Zaraz mi tu ktoś powie, że przecież cała Polska cierpi z powodu zimy dekady. A ja odpowiem, że może i cała, ale na północ od Krakowa. W górach tylko jakiś marny substytut się palenta. I co z tego, że na gałązkach stroszą się ładnie zmrożone pióropusze? Co z tego, że mróz skrzy się uroczo w promieniach zachodzącego słońca? Co z tego? Jak ze śniegiem mizeria! Czarne kamienie łypią złowrogimi oczami spod kilkucentymetrowej wartswy puchu, a szaro-bura trawa prezentuje swoje zaskakujące wdzięki na polanach, jak w marcu.
Skoro zima się na nas wypięła, to my na nią też! A co! Zimowy numer wcale nie będzie taki zimowy, jakby się można tego spodziewać. Uczymy się od zimy, dopasowujemy do jej fanaberii, spóźniamy się i również próbujemy zaskoczyć. Czy coś oprócz spóźnienia z tego wyszło zobaczcie sami. A o śniegu, mrozie, lawinach i innych takich, ponoć zimowych, frykasach może będzie na wiosne, jak się już z zimą i górami w tym aspekcie dogadamy.
Mimo tych zimowych przebojów, albo raczej wybojów, na góry się nie obrażajcie. Cóż z tego, że śniegu tam brakuje?
Zatem górskiej zimy prawdziwej! Choćby wiosną!
Nadeszła połowa listopada. No niby w górach to już czas na zimę. Pojawiła się, sypnęła ładnie, połechtała lekko świeżo serwisowane ślizgi nart, odwróciła się na pięcie i sobie poszła. Pomroziła tylko przez chwilę w międzyczasie, dając złudny cień nadziei. Zaraz mi tu ktoś powie, że przecież cała Polska cierpi z powodu zimy dekady. A ja odpowiem, że może i cała, ale na północ od Krakowa. W górach tylko jakiś marny substytut się palenta. I co z tego, że na gałązkach stroszą się ładnie zmrożone pióropusze? Co z tego, że mróz skrzy się uroczo w promieniach zachodzącego słońca? Co z tego? Jak ze śniegiem mizeria! Czarne kamienie łypią złowrogimi oczami spod kilkucentymetrowej wartswy puchu, a szaro-bura trawa prezentuje swoje zaskakujące wdzięki na polanach, jak w marcu.
Skoro zima się na nas wypięła, to my na nią też! A co! Zimowy numer wcale nie będzie taki zimowy, jakby się można tego spodziewać. Uczymy się od zimy, dopasowujemy do jej fanaberii, spóźniamy się i również próbujemy zaskoczyć. Czy coś oprócz spóźnienia z tego wyszło zobaczcie sami. A o śniegu, mrozie, lawinach i innych takich, ponoć zimowych, frykasach może będzie na wiosne, jak się już z zimą i górami w tym aspekcie dogadamy.
Mimo tych zimowych przebojów, albo raczej wybojów, na góry się nie obrażajcie. Cóż z tego, że śniegu tam brakuje?
Zatem górskiej zimy prawdziwej! Choćby wiosną!
W piątkowy wieczór tym razem nie udało się zrobić rozgrzewki zjazdowej w Myślenicach, ale za to w sobotę w Wyspowy z kursem i fokami. Jeszcze w grudniu mnie naszło, zatęskniłam za zimowym wyjazdem szkoleniowym... Śnieg po pachy, mróz, jak diabli, a ty człowieku rozczajaj panoramę z Ćwilina przez dwie godziny - cudownie! Dawno tego nie robiłam, sentyment poczułam, więc jechać trzeba przypomnieć sobie, jak to się kursantów szkoli. Inaczej tylko tyle, że śniegu trochę maławo, jak na kursową zimę, a na nogach narty! Jak się o tym marzyło w starych, dobrych, kursowych czasach...
W sobotę Mogielica, w niedzielę Ćwilin - dwa klasyki przy dobrej pogodzie. Patrzyć tu! Młode kursnaty sympatyczne i nawet trochę naumiane. Ech, no fajnie było, tylko zmęczyłam się jakby mniej i nie zmarzłam zbytnio... puchóweczka na zimowe panoramki to jest to ;)
No i co z tym śniegiem?! Niby jest, niby nie ma, a człowiek się niecierpliwi i foki maltretuje. Choć w sumie weekend narciarsko wyszedł mocno wydłużony. Narty mogą nawet zmusić człowieka do stawienia się w pracy na 8.00 rano :) A po pracy do Myślenic, na stok, ujeździć się. Cel: ćwiczyć, ćwiczyc, ćwiczyć skręt NW, bo bez tego poza trasę ani rusz, a u mnie to nierewelacyjnie w tym temacie niestety.
Weekend właściwy - foczy, choćby nie wiem co! W Tatrach pogoda do kitu, w moich pagórach śniegu tak sobie, ale narty pod pachę i do Chaty! Przy okazji na imprezę wośpową się załapać. No ale główny element programu to gorczańskie foczenie. Foki biedne, wymęczone, poharatane, ze zjazdu w sumie nici, ale człapanie zupełnie fajne :) Jak się chce, to się da! Zresztą, co będę pisać, jak zobaczyć można. Było tylko ciut husarii, narty wodne, narty krzalowe, a i na Gorc zawędrowałam, zobaczyć co tam na bazowych włościach słychać - cisza i spokój, jak w domu...
Straty tury: roztargana foka i urwany troczek od plecaka do przypinania narty, ale i tak warto było!
Poniedziałkowy wieczór też na stoku w Myślenicach i dalej ćwiczyć! Ale w tym sezonie na mnie zarobią, za to ja się ujeżdżę ;)
góry,
imprezy,
krajoznawstwo,
z buta,
zjazdówki
Bawarskie zabawy, alpejskie jazdy, sylwestrowo-noworoczne spacery!
09:21No i nas poniosło! Tym razem na zachód. Pierwsze wyzwanie - pakowanie. Jak tu zmieścić pięć ludzików, pięć par nart, pięć par kijów, pięć par butów narciarskich, pięć plecaków, pięć toreb z jedzeniem i całe mnóstwo innych drobiazgów do jednego auta? Da się :) Caaały dzień jazdy urozmaicany nową grą strategiczną LPG i udało nam się dotrzeć do Monachium, gdzie u kochanej i wyjątkowo cierpliwej Aśki ulokowaliśmy cały nasz bajzelek i nas też. Dnia następnego ruszyliśmy na podbój Alp Bawarskich, zaczęliśmy od trochę nieprzewidzianego zwiedzania infrastruktury turystycznej okolic Garmisch, ale w końcu udało się dotrzeć pod Zugspitze i pojeździć! Cudne alpejskie szczyty, cudny alpejski śnieg i trochę jazdy pozatrasowej, ale i pewien niedosyt, jak na takie góry. Popołudniu zabraliśmy się z sukcesem za "zdobywanie" wierzchołka dachu Niemiec. Kolejny dzień to eksploracja Garmisch-Classic, no i w końcu śliczne, długie, całkiem trudne, czarne trasy, niektóre nawet zamknięte, muldziaste i wydarte - mniam! Jakie? Zerknąć polecam tu. W międzyczasie trzeba się było jeszcze zapoznać z litrowym kuflem bawarskiego piwa i wieczornymi ulicami Monachium. Nasze transportowo-miejskie zabawy między górami a nartami w obrazkach są tutaj.
Żyć, nie umierać, tylko dlaczego wszystko człowieka tak boli, a zwłaszcza mięśnie ud? Cieżka praca... W Sylwestra odpoczynek i wielka, alpejska wyprawa...
Stoczywszy ciężką walkę z naszym niechciejem, zaawansowanym, sylwestrowym popołudniem wyruszyliśmy w Tyrol, do doliny Karwendel. Nowy Rok witać mieliśmy w winterhausie u jej zwieńczenia. A że dolina długa jest, a droga nią jeszcze dłuższa świętowaliśmy jakieś dwie godziny przed dotarciem do schroniska, ale za to w jakiej scenerii! Pełnia, bezchmurne niebo i niesamowite, śnieżne góry wokół. Nieziemsko! Niespodziewanie! Inaczej! Jedynie w swoim rodzaju! Tak Sylwestra jeszcze nie spędzałam, czegoś takiego jeszcze nie widziałam... Po dotarciu do chaty odbył się opóźniony rytuał imprezowy, a na deser dostaliśmy morze mgieł i ponad górami słońce! I wszystko proste tak! Znów w dół, do doliny, w Nowy Rok, w nowy czas... Wyglądało to właśnie tak.
Jeszcze dzień narciarskiej przyjemności, jeszcze urocze Ga-Pa, jeszcze dziwaczne w noc siedzenie i powrót do domu.
A tak na marginesie, to Monachium jest idealnie rowerowym miastem! Ilość ścieżek, oznakowań, stojaków dla rowerów, wolność jeżdżenia, wolność porzucania rowerów bez obawy przed kradzieżą. Prawie że, o mało co, rowerowy raj. Nawet przez chwilę zapragnęłam tam mieszkać ;)
Według teorii, że Święta to trzeba spędzać rodzinnie, a równocześnie najlepiej aktywnie, w drugi dzień zamiast zasiąść z ciepłym sernikiem przed telewizorem, wylądowałyśmy z mamą, bez sernika na stoku! Narciarskim oczywiście :) Mimo że wczoraj lało, a w perspektywie były narty bardziej wodne niż zjazdowe, zdeterminowane pojechałyśmy do Myślenic, na Chełm, bo to jedyny czynny wyciąg tak blisko. A tam odziwo twardo, równo i jeszcze kawałek widoków na Tatry. Przy całej miłości do turowania, zjazdowo też lubię sobie pohulać, foki czasem również świątecznie odpocząć muszą. A my przynajmniej wigilijne obżarstwo miałyśmy okazję pożytecznie odkupić. No, a w górach cudnie! Zima jest fajna, a śnieg jest biały! Niezmiennie... pod warunkiem, że jest...
A ja pakować się idę, bo alpejski śnieg czeka! Będzie Monachium, Zugspitze, trochę innych gór dookoła, no i świetna zabawa w pierwszoklaśnym towarzystwie! Opowiem i pokażę, jak wrócę w przyszłym roku!
Tak więc roku nowego, optymistycznego, intensywnego i górskiego!
Lecz w tę Noc Świętą niech ta skromna chata
Brać przewodnicką gościnnym wita progiem
Bo dzisiaj ponad wszystkie góry świata
Inny Przewodnik pokazuje drogę...
Dzisiaj musiało się to pojawić...
Niech Was ten najlepszy Przewodnik w góry życia prowadzi!
Prawdziwego Święta!
Od ponad tygodnia prószył śnieg, zrobiło się w końcu zimowo zimno. Nadzieja na fajne narciochy pielęgnowana była starannie przez cały tydzień. Warunki jednak nierewelacyjne, dla turów bez szału, ale za to na stokach intensywnie śnieżyli i śnieżą. W każdym razie biały śnieg! Mimo to, to weekend przedświąteczny... a takie weekendy mają to do siebie, że widząc piorunujące spojrzenie rodziny, człowiek postanawia jednak poświęcić chwilę na odgruzowanie domowego kawałka przestrzeni. Tą chwilą była w tym wypadku sobota. Ale za to niedziela... zaczęła się jeszcze w sobotni wieczór. Znów mnie zawiało w zakopiańskie, ukochane porogi. Dzień niedzielny wyjątkowo lodowaty, narciarsko dwudzielny. Najpierw zapodałyśmy ekstremalną, babską turę dolinkową, ale jak czarne oczy kamieni zaczęły groźne spoglądać na nasze foki, to z litości dla ich futerek porzuciłyśmy narty w lesie i z buta zdobyłyśmy Małą Łąkę - wyczyn nie lada! Warun jeszcze zdecydowanie nie ten, ale foki przewietrzone! Wnioski z ekspedycji takie, że przy -18 stopniach mrozu zamarza: woda w rurce od camelbaka, katar w nosie, autofocus w aparacie, moje paluszki w puchowych rękawiczkach i pośladki w cienkich getrach, w grubych już nie :) A popołudniowym wieczorem, na dobicie, na stok na Harendzie, rozjeździć się, poćwiczyć sobie. Całkiem fajne boisko, testowane po raz pierwszy. Oj, dobrze tak się wysilić przed świąteczną chwileńką bezruchu.
Oczywiście popatrzeć prosze jeszcze tu. Jak śnieg biały wygląda, zobaczyć można.
Znów udało się upchać w jeden weekend wszystko, tylko jakoś znowu mało górsko było. Czyżbym się jendak ostatnio obijała? No ale takie intensywne i fajne obijanie to ewentualnie może być. W sobotę poniosło mnie na Śląsk - turystyka industrialna to jest to! Uwielbiam! Głównym punktem prgramu było zwiedzanie kopalni węgla kamiennego Guido w Zabrzu. No, podobało mi się bardzo! Lubię duże i cieżkie maszyny. A jak one wyglądają można podglądnąć tu. Z Zabrza do Gliwic, a tam KNAA - nie będę rozwijąć tego skrótu... Generalnie posiedzieliśmy i pogadaliśmy bezsensu w ogólnopolskim składzie, a wszystko ku chwale Szanownego Towarzystwa - chyba przestaje mi się chcieć walczyć o zbawienie tego grajdoła... W każdym razie nowa Komisja Akademicka wybrana. Szybki, nocny powrót do kraka, a prawie rano na południe, czyli wyczekana podróż w kochane, zakopiańskie progi! Po prostu lubię tam być, śnieg sobie sypał za oknem, siedzieliśmy sobie, piliśmy kawę, wcinaliśmy czekoladę, a ja podziwiałam małego Słodziaka. Taki dla mnie inny, ciepły świat...
A tak w ogóle to śnieg sypie i sypie... Krupówki już białe, jak tak dalej pójdzie to za tydzień tury obowiązkowe! Z innych planów to nie Andy teraz, tylko Himalaje trochę później chyba, a Andy pewnie później, później... Może to i dobrze...
Trzy dni bardzo intensywnego, górskiego święta w Krakowie. Tym razem warto było nie pojechać w góry. Warto było na góry popatrzeć i na ludzi w tych górach. Dla mnie za bardzo sportowo... Góry to nie tylko moc, siła i walka, ale też nie tylko dobra zabawa. Tak dużo wielkich gór, tak dużo wielkich ludzi gór. Takie pytanie: gdzie zatem moje miejsce w górach? Które góry są moje? O które góry ja chce i mogę walczyć?
Zdjęć kilka tu - nie wykorzystałam w pełni wejściówki prasowej.
Nie mogłam się doczekać! Nie wytrzymałam! Wzięłam dzień urlopu, znalazłam towarzystwo, zabrałam nowy rowerek i w górki! Zupełnie inne rowerowanie! Nieporównywalnie lepsze! Aczkolwiek teraz to się dopiero trzeba zacząć uczyć - ruszania na stromiźnie, obciążania przedniego koła, skutecznego podjazdu, przejeżdżania przez błocko, techniki zjazdu, tak, żeby się nie pozabijać i mnóstwa innych rzeczy. No i kondycha do podreperowania, bo mocy ciut brak. Traska wyszła nam całkiem sympatyczna z widokiem na Tatry nawet, choć nie była szybko i sprawnie przejechana, jak to w planie pierwotnym było. Z Pcimia przez Wielki Kamień, Działek, na Kudłacze, Lubomir i w dół przez Kamionke do Pcimia z powrotem. Cale 24,5 km się zrobiło. Generlanie rowerek miodzio, a ubłocone i zmęczone dziecko, to szczęśliwe dziecko :D Może się jeszcze choć raz uda przed zimą właściwą...
