Sobota oświatowo-oświęcimska klasycznie, tylko tym razem mocno mrożona. Niedziela dzielnie rowerowa. Założyliśmy, że nie pada - słusznie - i wmawialiśmy sobie, przeciskając się przez mgłę, że nie jest wcale tak bardzo lodowato. Pojechaliśmy blisko, w myślenickie krzaki. Entuzjazm wstał zdecydowanie później niż my, więc początek ciut niemrawy był. Ha! biała plama zabrudzona - Barnasiówka zdobyta! Powrót przez Trzebuńską i Plebańską Górę. No zupełnie miło błotniście i nie bardzo wyczynowo. Ale zjazd dość trudny też się znalazł i do tego został całkiem ładnie zjechany. Ot, taka sobie (nie)dzielna przejażdżka ;)
Weekend idealnie-jesienno-rowerowy. Jak zwykle plany w międzyczasie się szybko zmieniały. W sobotę niespodziewanie wylądowałam w Juszczynie, a że znalazł się żółty szlak na Krupową, to trzeba go było wykorzystać. Rowerowo szlak beznadziejny! Zarośnięty, rozjeżdżony, zabłocony i raczej niewyjeżdżalny. Na Krupowej ślicznie, na czerwonym jeszcze śliczniej - bukowy las - cud-miód! Dowody są. Zjazd do Bystrej. Do pociągu jeszcze chwila była, a temperatura mało zachęcająca do kontemplacji przystanku kolejowego, zatem fuj-asfaltem na rozgrzanie do Makowa.
Niedziela również rowerowa, tym razem w towarzystwie, więc pakowanie auta i w Sądecki. Na początek mały warsztat rowerowy i w górę. Pasemko Jaworzynki i Koziarza, choć jak zawsze fantastyczne, okazało się wcale nie takie równe. Do tego trudnawy zjazd z Dzwonkówki na Przysłop i trawers Prehyby, a potem emocjonujący zjazd zielonym szlakiem przez Będzikówkę prawie po ciemku. No było to na granicy zdrowego rozsądku. Nie zjechaliśmy w całości, trzeba było uciekać wcześniej do asfaltu, bo można by tego nie przeżyć. Zjazd - super! Ale gdybym widziała wszystkie kamienie, to pewnie szłoby mi bardziej opornie ;) Generlanie bardzo naukowo było. Wniosek podstawowy: tyłek za siodełko - dużo trudniej zrobić sobie wtedy krzywdę.
A wyglądało to wszystko w barwach jesiennych tak.
Niedziela również rowerowa, tym razem w towarzystwie, więc pakowanie auta i w Sądecki. Na początek mały warsztat rowerowy i w górę. Pasemko Jaworzynki i Koziarza, choć jak zawsze fantastyczne, okazało się wcale nie takie równe. Do tego trudnawy zjazd z Dzwonkówki na Przysłop i trawers Prehyby, a potem emocjonujący zjazd zielonym szlakiem przez Będzikówkę prawie po ciemku. No było to na granicy zdrowego rozsądku. Nie zjechaliśmy w całości, trzeba było uciekać wcześniej do asfaltu, bo można by tego nie przeżyć. Zjazd - super! Ale gdybym widziała wszystkie kamienie, to pewnie szłoby mi bardziej opornie ;) Generlanie bardzo naukowo było. Wniosek podstawowy: tyłek za siodełko - dużo trudniej zrobić sobie wtedy krzywdę.
A wyglądało to wszystko w barwach jesiennych tak.
Górskie wakacje już się skończyły. Tylko dlaczego człowiek po nich taki zmęczony?
Oj, dużo działo się w górach w tym czasie. Dużo w naszych pagórach, sporo w nie naszych, ale i w górach wysokich polskie ekipy mocno namieszały w tym roku. Tylko czy to można jeszcze nazwać wakacjami? Chyba raczej nie. No właśnie, gdzie jest granica między spędzaniem w górach wolnego czasu, wakacji, urlopu, a profesjonalnym, poważnym, górskim działaniem wyprawowym? Gdzie tu jeszcze wcisnąć sport i fanatyzm górski? Bo współistnieją w niektórych przypadkach zarówno ze zwykłym tygodniowym urlopem, jak i wielką wyprawą. Czy, żeby być wielkim himalaistą trzeba życie tylko ku temu ustawić? Czy, jak człowiek wypisuje kwitek urlopowy i wyskakuje na miesiąc z pracowniczego gajerka, to jest tylko „niedzielnym, górskim turystą”? Eeee, nie! Nie tak prosto, nie tak od razu! W każdym razie ja się nie zgadzam!
Po wrześniowych deszczach, które prawie zdusiły nadzieję na fajną jesień, zaświeciło słońce, buki klasycznie zrudziały, błota odpowiednia ilość zaległa na ścieżkach i można powiedzieć, że wszystko wróciło do corocznej normy. No chyba nie do końca – 2 lipca można było jeszcze przy odrobinie szaleństwa zjechać na nartach z Rysów, a 4 września można było już prawie spokojnie, szusem między kamieniami podziałać na Kasprowym. No nie jest normalnie! Ale potrzeba nienormalności, nazwijmy ładniej: niezwykłości, znów wyciąga człowieka w lodowaty, mglisty ranek spod kołdry i mówi: już cię tu nie ma! TAM jest fajnie! – Mimo że w takiej chwili nikt w to nie wierzy...
Zatem idziemy poszurać liśćmi, obdrapujemy zaschnięte błoto z butów albo z roweru, ubieramy rękawiczki i czekamy na śnieg – jesień w górach, proszę Państwa!
A! Rośniemy! I chwalimy się tym: Gazeta ma więcej stron!
Oj, dużo działo się w górach w tym czasie. Dużo w naszych pagórach, sporo w nie naszych, ale i w górach wysokich polskie ekipy mocno namieszały w tym roku. Tylko czy to można jeszcze nazwać wakacjami? Chyba raczej nie. No właśnie, gdzie jest granica między spędzaniem w górach wolnego czasu, wakacji, urlopu, a profesjonalnym, poważnym, górskim działaniem wyprawowym? Gdzie tu jeszcze wcisnąć sport i fanatyzm górski? Bo współistnieją w niektórych przypadkach zarówno ze zwykłym tygodniowym urlopem, jak i wielką wyprawą. Czy, żeby być wielkim himalaistą trzeba życie tylko ku temu ustawić? Czy, jak człowiek wypisuje kwitek urlopowy i wyskakuje na miesiąc z pracowniczego gajerka, to jest tylko „niedzielnym, górskim turystą”? Eeee, nie! Nie tak prosto, nie tak od razu! W każdym razie ja się nie zgadzam!
Po wrześniowych deszczach, które prawie zdusiły nadzieję na fajną jesień, zaświeciło słońce, buki klasycznie zrudziały, błota odpowiednia ilość zaległa na ścieżkach i można powiedzieć, że wszystko wróciło do corocznej normy. No chyba nie do końca – 2 lipca można było jeszcze przy odrobinie szaleństwa zjechać na nartach z Rysów, a 4 września można było już prawie spokojnie, szusem między kamieniami podziałać na Kasprowym. No nie jest normalnie! Ale potrzeba nienormalności, nazwijmy ładniej: niezwykłości, znów wyciąga człowieka w lodowaty, mglisty ranek spod kołdry i mówi: już cię tu nie ma! TAM jest fajnie! – Mimo że w takiej chwili nikt w to nie wierzy...
Zatem idziemy poszurać liśćmi, obdrapujemy zaschnięte błoto z butów albo z roweru, ubieramy rękawiczki i czekamy na śnieg – jesień w górach, proszę Państwa!
A! Rośniemy! I chwalimy się tym: Gazeta ma więcej stron!
Nareszcie rozpoczęła się na dobre! Intensywne dwa dni solidnego rowerowania. Najpierw Makowski: z Suchej do Kalwarii przez Koskową - mocna trasa, dużo błota, kilka sporych podjazdów odziwo podjechanych i chrzest bojowy na prawdziwego rowerzystę, czyli moje pierwsze OTB. Wszystkiemu winien niepozorny rowek melioracyjny w poprzek pola, zarośnięty trawą tak, że oczywiście widać go nie było. Zatem koło w rów - mimo, że Spec ma się czym z przodu pochwalić, to szansy nie miał. Potem ja przez kierownicę szczupakiem ślicznym w bloto-trawę (cud, że tam ani kamienia nie było), a nad moją głową, lotem uroczym poszybował rower, lądując kilka metrów z przodu. Jak to się stało, że się nic nie stało - nie wiem. Anioła Stróża trzeba pytać, koleś jest naprawdę niezły, a robotę ma ciężką. Ciekawe co przeskrobał, że takie cuś, jak ja pod opiekę dostał. Fotorelacja z miejsca wypadku jest.
Na dobicie dnia nastepnego, w cudnym, jesiennym słońcu wyjazd w Pasmo Jałowieckie - od Makowa przez Grzechynię, Przysłop na Jałowiec, a potem w dół do Stryszawy i na pociąg do Suchej. Tym razem bez ekstremalnych rewelacji, tylko cicho i spokojnie przez jesienny, bukowy las :)
Zwycięzscy w rankingu na najlepszy zjadz weekendu: niebieski z Mioduszyny na wschód i droga z Jałowca do Stryszawy. Polecam!
W efekcie tego wszystkiego boli mnie wszystko...
Poza tym stała się rzecz straszna: zapomniałam o Zielonym... Cały weekend stał przed blokiem i odmrażał sobie kółka, zamiast grzać się w swoim domowym kąciku. Jest mi wstyd!
No i w zasadzie, że niby rowerowo było: dwa śliczne, wyglancowane dwukółki stoją, to znaczy dla ścisłości - jeden już przestał być wyglancowany (śliczny nigdy być nie przstaje). Że nawet mi smarowidła zabrakło. Że nawet mi uroczo, jesiennie dolało, że nawet mi płetwy niedługo wyrosną.
Jesień zapukała intensywnie, trójaspektowo. Jeszcze tylko aspekt właściwy, bukowy poproszę! Bo inaczej się nie liczy.
Sobota oświatowo-oświęcimska. Gadanie przez osiem godzin i to z odrobiną sensu, po czterech godzinach snu, to jest to. Niedziela miała być ambitnie i intensywnie wspinowa. Miała być. Z przyczyn "obiektywnych" zamiast bladym świtem wystartowaliśmy prawie w południe. Cel: Brzoskwinka, która okazała się mocno przygnita. Nawet zdjęć nie ma. Prywatna część doliny jest ślicznie zrobiona! Chwała tym, którzy w przygotowanie tych skał do wspinania włożyli mnóstwo pracy! Jednak dla mnie wspinu tam nie było, dla mnie po prostu nie ma wspinu. To był chyba spit do mojej wspinaczkowej trumny. Albo pieprznąć butkami w kąt, albo zacząć wszystko od początku. Pierwsze pytanie: dlaczego zaczęłam się wspinać? Powód był jeden bardzo bezsensu. Pytanie drugie: czy wspinać się dalej? Na razie bez odpowiedzi, czyli też bezsensu...
Po czartkowej panice w piątek mnie pokłuli i dostałam papier, że nie gryzę. Zatem w szwagra i do Zakopca w odwiedziny w progi kochane. Dzień sobotni zaczął się, jak dostałam książką o owockach w głowę, a potem wręczono mi trzy duże misie. Miał być kawałek Spotkań z Filmem Górskim, ale był bieg wysokogórski. Oczywiście ja nie biegam! Ale robiłam za wiernego kibica i obsługę foto, nawet w związku z tym wycieczkę na Kalatówki zaliczyłam ;) Potem seria zabaw z rodzaju "włóż do pudełka", "gdzie jest gołąb?" i "drzewo za oknem jest zielone". Chwilę potem zapakowani w auto jechaliśmy do Gorczańskiej Chaty na imprezę pod hasłem: "Suszymy sushi w Gocha(n)". Wyszły prawie, że o mało co profesjonalne warszaty kultury japońskiej.
Zatem jak się robi sushi?
potrzeba: specjalny garnek do gotowania ryżu, specjalny ryż, specjalny ocet, surowy tuńczyk, surowy łosoś, wędzony łosoś, krewetki, poluszki krabowe, marchewka, ogórek, avocado, wasabi (taki zielony chrzan), imbir marynowany, sos sojowy i glony sprasowane oraz maty bambusowe i pałeczki; przydałaby się jeszcze zielona herbata i sake.
jak: ryż ugotować na bardzo miękko, przestudzić, doprawić octem, pokroić na cieniutkie paseczki ryby i warzywa; na stole położyć matę bambusową, na niej sprasowanego glona; na glona wpakować solidną łyżkę ryżu i dokładnie rozprowadzić, żeby warstwa była dość cienka; zostawić wąski, wolny brzeg glona, żeby się skleiło; na jednym końcu poukładać paseczki ryby i warzywek dość ciasno i zwijać przy pomocy maty jak naleśnika; odłożyć na chwilę, można schłodzić, potem pokroić i ładnie poukładać na talerzu.
podawać: z kawałkami imbiru, sosem sojowym i wasabi; je się to to oczywiście pałeczkami - nie nabijać na pałeczki, tylko chwytać; popijać sake lub zieloną herbatą albo jednym i drugim. Mniam!
A tu szczegółowa fotorelacja z procesu sushenia.
Dopełnieniem całości była oczywiście impreza z tańcami na stole, prawie bez piosenki turystycznej, za to z klasyką polskiego rocka, Kaczmarskim i Chopinem w bardzo specyficznym wykonaniu ;)
Kolejnym etapem warsztatów był proces i związany z tym obrządek parzenia i picia japońskiej herbaty. Po tym akcie wyciszenia i kumulacji wewnętrznej energi trzeba się było zbarać za suszenie właściwe, a dokładniej składanie togo, co niby miało być wysuszone, czyli porozwieszanych dwa tygodnie temu namiotów bazowych. Niestety nie wszystko jeszcze wyschło. W nagrodę za wysiłek fizyczny była kolejna, solidna porcja sushi. Uwaga! Sushi też można się przejeść ;) Na zakończenie imprezy był jeszcze sardynkowy powrót do Kraka i zagotowana chłodnica.
Zatem jak się robi sushi?
potrzeba: specjalny garnek do gotowania ryżu, specjalny ryż, specjalny ocet, surowy tuńczyk, surowy łosoś, wędzony łosoś, krewetki, poluszki krabowe, marchewka, ogórek, avocado, wasabi (taki zielony chrzan), imbir marynowany, sos sojowy i glony sprasowane oraz maty bambusowe i pałeczki; przydałaby się jeszcze zielona herbata i sake.
jak: ryż ugotować na bardzo miękko, przestudzić, doprawić octem, pokroić na cieniutkie paseczki ryby i warzywa; na stole położyć matę bambusową, na niej sprasowanego glona; na glona wpakować solidną łyżkę ryżu i dokładnie rozprowadzić, żeby warstwa była dość cienka; zostawić wąski, wolny brzeg glona, żeby się skleiło; na jednym końcu poukładać paseczki ryby i warzywek dość ciasno i zwijać przy pomocy maty jak naleśnika; odłożyć na chwilę, można schłodzić, potem pokroić i ładnie poukładać na talerzu.
podawać: z kawałkami imbiru, sosem sojowym i wasabi; je się to to oczywiście pałeczkami - nie nabijać na pałeczki, tylko chwytać; popijać sake lub zieloną herbatą albo jednym i drugim. Mniam!
A tu szczegółowa fotorelacja z procesu sushenia.
Dopełnieniem całości była oczywiście impreza z tańcami na stole, prawie bez piosenki turystycznej, za to z klasyką polskiego rocka, Kaczmarskim i Chopinem w bardzo specyficznym wykonaniu ;)
Kolejnym etapem warsztatów był proces i związany z tym obrządek parzenia i picia japońskiej herbaty. Po tym akcie wyciszenia i kumulacji wewnętrznej energi trzeba się było zbarać za suszenie właściwe, a dokładniej składanie togo, co niby miało być wysuszone, czyli porozwieszanych dwa tygodnie temu namiotów bazowych. Niestety nie wszystko jeszcze wyschło. W nagrodę za wysiłek fizyczny była kolejna, solidna porcja sushi. Uwaga! Sushi też można się przejeść ;) Na zakończenie imprezy był jeszcze sardynkowy powrót do Kraka i zagotowana chłodnica.
No nie! To już 7 (!!!) weekend tych wakacji, który został popsuty przez deszcz! W kawałku lub w całości... Byłoby 7 rowerowych dniówek więcej, a tak jest jedno wielkie, dwókołowe obijanie... Się zezłościłam! W taką pogodę można by przynajmniej relacje z rowerowych Mistrzostw Świata oglądnąć, ale się nie da, bo nikt tego nie pokazuje, a jest co! Maja Włoszczowska wyjechała złoto!
A miało być tak: sobota - wielkie odsypianie, niedziela - trochę mniejsze rowerowanie. Wyszło jedynie to pierwsze nad wyraz świetnie! Bo padało! Wrednie padał cholerny deszcz! Zatem co by się ze sporą dawką wody zintegrować udało mi się chyba w końcu jakiś sensowny trening basenowy ustawić. Oby mi się nie odechciało tym razem.
Z innych rewelacji, to padł mi obiektyw. Autofokus odmówił współpracy, co zresztą widać na ostatnich zdjęciach :( Naprawa nieopłacalna i choć to badziew kitowy, to jednak było to moje podstawowe, krótkie szkło. Na razie waracam do starego, dobrego Tamrona (oj, będzie szerokości brakować ciut), a nad większymi, sensownymi inwestycjami trzeba trochę pomysleć. Czas na coś lepszego :)
No i przyszło nam zwijać się w dolinę, a pogoda postanowiła nam to wybitnie utrudnić. Dobrze, że w tygodniu udało się złożyć część namiotów i jednego NSa - tyle przynajmniej suchego. Ekipa dopisała standardowo tak sobie. Gdyby nie dwóch prześwietnych gości, którzy trafili na bazę z kosmosu, to mogłabym sobie w piątek siedzieć na majdanie i patrzeć, jak baza się nie zwija. A na dobicie mieliśmy jeszcze nastoletnią, mega imprezową akcję nocną. Na sobotę dotarło na szczęście kilka kołowych duszyczek i w strugach deszczu udało się zbić podestową stodółkę w lasku za bazą, a ten nasz uroczy grajdołek zapakować na wóz. Zjeżdżaliśmy zostawiając spowitą we mgle, mokrą, pustą, gorcową halę. Smutno tak trochę...
Zupełnie mokrzy dotarliśmy do Chaty. Dobrze, że mieliśmy nowiutką, ogromną folię gorcstokową, która uratowala, to co było jeszcze suche. Rozładunek i analiza wodnych strat. Bilans niezupełnie masakryczny: totalnie mokre dwa NSy, dwa Hawaje i trzy Skauty, trochę koców, reszta może być. Po ogarnięciu przemoczonej rzeczywistości uraczono nas pycha-bigosem i można było sobie oddychnąć w końcu, czytaj zrobić porządną imprezkę na zakończenie sezonu bazowego 2010 :)
Niedziela minęłam nam błogo i prawie leniwie. Trzeba było tylko szpejstwo porozwieszać, poprzekładać i pozostawić do sensownego suszenia dalszego. Za dwa tygodnie akcja składania i układania.
Popołudniu na sam koniuszek wyszło słońce, tak wyczekiwane przez dwa wcześniejsze dni.
Zdjęć z deszczu i mgły jest trochę.
Dzięki i chwała wszystkim, którzy pomogli w tym sezonie bazowym! Tym którzy rozbijali, bazowali, zwijali i tym, którzy na Gorc zwyczajnie tylko przyszli!
Gorc 2011 startuje w ostatni weekend czerwca! Zapraszamy!
Zupełnie mokrzy dotarliśmy do Chaty. Dobrze, że mieliśmy nowiutką, ogromną folię gorcstokową, która uratowala, to co było jeszcze suche. Rozładunek i analiza wodnych strat. Bilans niezupełnie masakryczny: totalnie mokre dwa NSy, dwa Hawaje i trzy Skauty, trochę koców, reszta może być. Po ogarnięciu przemoczonej rzeczywistości uraczono nas pycha-bigosem i można było sobie oddychnąć w końcu, czytaj zrobić porządną imprezkę na zakończenie sezonu bazowego 2010 :)
Niedziela minęłam nam błogo i prawie leniwie. Trzeba było tylko szpejstwo porozwieszać, poprzekładać i pozostawić do sensownego suszenia dalszego. Za dwa tygodnie akcja składania i układania.
Popołudniu na sam koniuszek wyszło słońce, tak wyczekiwane przez dwa wcześniejsze dni.
Zdjęć z deszczu i mgły jest trochę.
Dzięki i chwała wszystkim, którzy pomogli w tym sezonie bazowym! Tym którzy rozbijali, bazowali, zwijali i tym, którzy na Gorc zwyczajnie tylko przyszli!
Gorc 2011 startuje w ostatni weekend czerwca! Zapraszamy!
W tym roku wymyśliłam sobie bazowanie w ostatnim tygodniu i to był bardzo dobry pomysł! Pierwotnie chodziło o to, żeby od razu od Gorcstoku dotrzeć do zwijania, ale jakoś tak strasznie nie miałam ochoty na wielkie imprezowanie, więc w sobote rowerek, a na bazę dotarłam dopiero w niedzielne południe. Załapałam się tylko na pofestiwalowe gitarzenie pod świerkiem. Do poniedziałku zostało jeszcze sporo ludzi, było fajne, śpiewane ognisko i domowy ajerkoniaczek - mniam! Popołudniu baza opustoszała, zrobiło się cicho i spokojnie, tak prawdziwie gorcowo. Można było na płaj pójść na Tatry popatrzeć, zrobić sobie grzanki z serem i zasiąść z kubkiem kawy i książką na ławeczce bazowej :) We wtorek pogoda baz(r)owa, więc tej kawy było dużo więcej. A i była jeszcze mysz utopiona w mleku do kawy ;) Potem czas już mijał przy zwijaniu części namiotów i segregacji tego, co do użytku się przestało nadawać. Dobrze, że tyle udało się zrobić przed zwózkowym deszczem.
Na Gorcu zawsze jest człowiekowi dobrze. Wakacje od wszystkiego. Takie miejsce do oderwania, do odpoczywania, miejsce na reset :)
Trochę widoków na Tatry i bazowych klimatów klasycznych do oglądania tu.
Na Gorcu zawsze jest człowiekowi dobrze. Wakacje od wszystkiego. Takie miejsce do oderwania, do odpoczywania, miejsce na reset :)
Trochę widoków na Tatry i bazowych klimatów klasycznych do oglądania tu.
góry,
rower
Pasmo Podhalańskie wypiętrzyło się specjalnie po to, żeby po nim jeździć na rowerze
08:13Po tym jak się w piątek zgubiłam w Lasku Wolskim i nie mogłam znaleźć Kopca Piłsudzkiego, trzeba było pojechać w góry konkretniejsze, tam przynajmniej się nie gubię ;) Zatem rowerek w pociąg i do Pyzówki. A potem to w zasadzi nudno było: niebieski szlak, przepiękne widoki, wjeżdżalne podjazdy, superowe zjazdy. Brak akcji kompletny, ale jaki przyjemny ;) Pasmo Podhalański jest rewelacyjne rowerowo! Z buta bym go nie przeszla, a tak... Na deser jeszcze mityczne Góry Ostojowe i cud-miód zjazd nie do końca tam gdzie trzeba, ale do Jordanowa w końcu dotarłam. Nawet z SPDami za bardzo się nie kłóciliśmy ;)
Zdjęć kilka z pępka świata i okolic jak zwykle jest.
A ja znikam teraz na wakacje! Bazowo-gorcowe oczywiście :)
W sobotnie popołudnie rowery zostały zapakowane do auta i ruszyliśmy na zachód. Tym razem w odwiedziny na bazie katowiczan. Głuchaczki miały być super rowerową bazą wypadową - miło, sympatycznie i na dodatek z bieżącą wodą. Nastawieni na słoneczny skwar lekko zdziwieni usłyszeliśmy poranne pomruki burzowe. Chwilę trzeba było na wyklarowanie pogody poczekać. Jak się później okazało wyklarowała się zupełnie nie w tą stronę co chcieliśmy. Wyjechaliśmy pod Mędralową i dalej miało być w kierunku Jałowca. Jednak fruwające wokół pioruny i nagły, ulewny deszcz dość drastycznie zmieniły nam plany. Ekspresowa ewakuacja z grzbietu przez las, potem zjazd w totalnej wodzie i jeszcze kawał asfaltu w kierunku samochodu...
Oj, dawno mi tak masakrycznie nie dolało i nie doburzyło.
Focić specjalnie nie było jak.
Plan był perfekcyjny: w sobotę solidne rowerowanie w Paśmie Podhalańskim, w niedzielę solidny wspin. Jednak runął w gruzach po dogłębnej analizie wszelkich prognoz pogody w piątkowy wieczór. Miało lać, a jak leje to dla rowerowania i skał alternatywe trzeba znaleźć. Nic prostszego, wszak mamy bazy. Tym razem padło na Lubań, bo tam mnie jeszcze w te wakacje nie było. Zatem nieśpiesznie w sobotę z Kraka się wyjechało, do Ochotnicy dojechało i w towarzystwie rozmów poważnych na każdej polance wylegiwało. Rekord długości wejścia na Lubań pobity. A tam Tatry w pełnej ostrości zaskakiwały, siano zapraszało do leżenia, a bazowi żurkiem częstowali i naleśniki czarowali, no i jeszcze można sobie było drewno porąbać. Tak bardzo bazowo po prostu, jak widać.
Zaokienność pogodowa wykazała się wybitną złośliwością! Najpierw niby miała być zła, potem nagle zmieniła zdanie i zafundowała śliczne słonko. No niby fajnie, ale gdyby zachowała się bardziej przewidywalnie, można by było ambitnijeszy plan zrealizować. Ech... planowanie i logistyka, to jedna wielka porażka ostatnio.
Sobotni poranek: prognozy przyzwoite i udało się wstać bladym rańcem - połowa sukcesu. Plan był już daaawno wymyślony: Krynica - Radocyna - Krynica. Plan planem, a wyszło, jak zwykle przez przypadek inaczej, ale jak fajnie! Tuż przed Nowym Sączem zaczęło straszliwie lać. Nic tylko zabierać się z powrotem do domu... Szybka analiza wariantów i Krynica zmieniła się w Gorlice. Logistycznie względem Radocyny lepszy wariant, w przypadku pogodowej kichy łatwiej z trasy się ewakuować. No to siup! Niebieskim na Magurę Małastowską w błotku po pachy. Byliśmy ze Specjalistą ubłoceni tak, jakby nas ktoś całościowo w kałuży z błotem zanużył. No w sumie mnie to zanużyło kilka razy ;) Przy okazji okazało się, że wymyśliłam sobie traskę po mega trasie zeszłotygodniowego maratonu z cyklu Cyklokarpaty. Przejechałm połowę, tylko w przeciwnym kierunku. Jak już dojechałam do drogi na Jasionkę, to stwierdziłam, że tak prosto do bazy jechać nie można, zatem rozpoczęłam eksplorację żołtego szlaku przez Banicę. Cudowności! Górna, dzika cześć doliny Zawoi, krzaki, trawy i gigantyczne łopiany, a między tym śliczna ścieżka - jaka to była fajowa jazda! Potem jeszcze niby solidna, leśna droga, na której nie wiadomo skąd wzięły się jakieś krzaczory, więc klasyczne noszenie rowerka też było. I już Czarne, i już Radocyna!!! Baza stoi, a pierogi i piwo u pani Wioli, jak zawsze nieziemsko smakowite. A! I kilku dawno niewidzianych znajomych się przykulało. Radocynizm w czystej postaci! Objawił się on też rankiem, który takim bardzo wczesnym nie był. No i niby miało być do Krynicy, ale jakiś dziwny niepokój związany z niemożnością wbicia się z rowerkiem do autobusu wypchanego kuracjuszami wracającymi do domu i ich walizkami, sprawił, że znów trasa uległa pewnym modyfikacjom.
W ogóle, to ze smutkiem informuje, że w górnej Radocynie stoją już trzy nowe chałupy.
A wszystkich, którym przypadkiem przyjdzie do głowy targać rower na Jaworzynę Konieczniańską ostrzegam: nie róbcie tego!
W ogóle, to ze smutkiem informuje, że w górnej Radocynie stoją już trzy nowe chałupy.
A wszystkich, którym przypadkiem przyjdzie do głowy targać rower na Jaworzynę Konieczniańską ostrzegam: nie róbcie tego!
Straty wyjazdu: kolarki w strzępach.
Autobusowy transport rowerowy: korzystać musiałam z czterech autobusów, w zasadzie bez problemów rowerek został zabrany, nawet kółka ani razu odkręcać nie musiałam :) W Szwagrze do NS na początku kierowca się nie zgodził, ale go na przeczekanie wzięłam. Natomiast firma Voyager z Gorlic otrzymała ode mnie osobiste wyróżnienie "Przewoźnik przyjazny rowerzystom" ;)
Jak ktoś przypadkiem nie ma dość oglądania mojego rowerka, to patrzeć tu.
Się zbierałam do wymiany linek i zbierałam, i zebrać nie mogłam. Zresztą i tak nie zebrałam się do końca, a jedynie ograniczyłam do niezbędnego minimum. We wtorek jakoś tak dziwnie droga hamowania wydłużyła mi się jakieś trzy razy, co prawie spowodowałoby bliskie spotkanie z niefrasobliwie cofającym sporym pojazdem. No ale zwaliłam na lejący z nieba ulewny deszcz. Dzisiaj deszczu nie było, a hamowanie dalej kiepskie, dobrze, że sobie na przedni hamulec popatrzyłam w ramach marnowania czasu na światłach. Linki praktycznie nie było, tylko jakieś strzępki sobie smętnie zwisały. Akurat jechałam do sklepu rowerowego, cóż za zbieg okoliczności. Wymieniłam! Zobaczymy jutro co z hamowaniem w związku z tym. Do kompletu jeszcze by się przydało nowe przerzutkowe zapodać...
A w sumie całkiem niedawno temu było jeszcze niewspominane centrowanie i ogólne dopieszczanie, ale nie mymi rękami. O zabawach wulkanizatorskich już wspominałam - nawet się Specjalista na nie załapał. A do tego lada chwila czeka go niestety prostowanie przedniej tarczy, bo ją chyba jakiś kamerdolec zaatakował.
W górach być czy góry zdobywać?
Zdarza się, że ktoś mnie pyta jakie jest moje górskie marzenie, w sensie góra, na którą chciałabym wyjść, którą chciałabym zdobyć? Odpowiedź, że nie ma takiej, zazwyczaj maluje na twarzy pytającego co najmniej zdziwienie. No, nie ma. A musi być?
Chciałabym wyjść w końcu na jakiś sześciotysięcznik, ale który konkretnie, to w zasadzie jest mi obojętne. Brzmi strasznie czy głupio? Albo strasznie głupio? Ważne by był ładną górą, ważne by wyjazd był ciekawy, by można wiele nowego przy okazji zobaczyć, a potem stanąć na wierzchołku i stwierdzić, że się cieszę, że jest ładnie, że super.
Ale niżej też fajnie, fajnie w Beskidzie Niskim, fajnie w Tatrach, fajnie w alpejskiej dolinie i fajnie w Himalajach, nawet jak się tylko niby po wyżynach spaceruje, a na góry prawdziwe tylko z dołu patrzy. Fajnie, bo w górach.
Chciałabym na własne oczy Kanczendzongę zobaczyć. Tak, tylko zobaczyć. Ale dlaczego tylko zobaczyć?! – pada szybko pytanie... Z lekkim oburzeniem zadane, brak chęci wielkiej walki swym tonem zarzucające.
Niech góry nasze sobie po prostu będą, bez wielkiego szczytów zdobywania i bez parcia na wspinaczkową „cyfrę”. Niech sobie zwyczajnie będą góry, po których chodzimy, na które wchodzimy, wspinamy się, z których zjeżdżamy. Niech będą źródłem naszej zwykłej zupełnie, codziennej radości. Wtedy będą po prostu prawdziwe i wcale nie gorsze od tych gór tylko czy aż zdobywanych.
W tym numerze Gazety będzie o jednych i drugich, tych zdobywanych, tych niezdobytych i tych górach „do bycia”.
A tak w ogóle to zaraz trzeba w te bardziej wypiętrzone części świata
jechać, bo przecież ładne lato mamy!
Co więcej w szóstym numerze Gazety Górskiej zobaczyć można tu.
Zdarza się, że ktoś mnie pyta jakie jest moje górskie marzenie, w sensie góra, na którą chciałabym wyjść, którą chciałabym zdobyć? Odpowiedź, że nie ma takiej, zazwyczaj maluje na twarzy pytającego co najmniej zdziwienie. No, nie ma. A musi być?
Chciałabym wyjść w końcu na jakiś sześciotysięcznik, ale który konkretnie, to w zasadzie jest mi obojętne. Brzmi strasznie czy głupio? Albo strasznie głupio? Ważne by był ładną górą, ważne by wyjazd był ciekawy, by można wiele nowego przy okazji zobaczyć, a potem stanąć na wierzchołku i stwierdzić, że się cieszę, że jest ładnie, że super.
Ale niżej też fajnie, fajnie w Beskidzie Niskim, fajnie w Tatrach, fajnie w alpejskiej dolinie i fajnie w Himalajach, nawet jak się tylko niby po wyżynach spaceruje, a na góry prawdziwe tylko z dołu patrzy. Fajnie, bo w górach.
Chciałabym na własne oczy Kanczendzongę zobaczyć. Tak, tylko zobaczyć. Ale dlaczego tylko zobaczyć?! – pada szybko pytanie... Z lekkim oburzeniem zadane, brak chęci wielkiej walki swym tonem zarzucające.
Niech góry nasze sobie po prostu będą, bez wielkiego szczytów zdobywania i bez parcia na wspinaczkową „cyfrę”. Niech sobie zwyczajnie będą góry, po których chodzimy, na które wchodzimy, wspinamy się, z których zjeżdżamy. Niech będą źródłem naszej zwykłej zupełnie, codziennej radości. Wtedy będą po prostu prawdziwe i wcale nie gorsze od tych gór tylko czy aż zdobywanych.
W tym numerze Gazety będzie o jednych i drugich, tych zdobywanych, tych niezdobytych i tych górach „do bycia”.
A tak w ogóle to zaraz trzeba w te bardziej wypiętrzone części świata
jechać, bo przecież ładne lato mamy!
Co więcej w szóstym numerze Gazety Górskiej zobaczyć można tu.
Znów weekend weselny, chyba ostatni w tym sezonie. Tym razem wziąć się nawzajem postanowili Monia i Szymon. W tym piekielnym upale ślub odbył się u podgórskich redemptorystów, a potem by swoją radość wyrazić przenieśliśmy się na Kazimierz, na ul. Szeroką. Miejsce piękne, wieczór przez noc w poranek przechodzący wielce sympatyczny i ciekawy z wypadem na mikro parapetóweczkę do nowego lokum Joanny. Na koniec piękny widok na Wawel z dachowego tarasu i spacer powrotny do domu za jasności już porannej.
Niedzielnym niewczesnym rankiem miał być jeszcze poweselny rower makowski, ale że coś bardzo mokrego wisiało w powietrzu, a potem nagle spadło, to instynkt samozachowawczy dziwnie podpowiedział, żeby z domu się nie ruszać.
Obrazków rozmazanych z tych wydarzeń zobaczyć tradycyjnie można kilka.
W planie był mocno ambitny, rowerowy, gorczański weekend. No i prawie wyszło, tylko nie było aż tak ambitnie. W sobotę mimo wszystko trzeba się było wyspać, więc zamiast porannego pociągu do Rabki, był popołudniowy autobus na Przysłop (uśmiechanie do panów kierowców, żeby z rowerkiem zabrali idzie mi całkiem nieźle :). No i zaczęło się od zaginięcia podkładki, co uniemożliwiało sensowne przykręcenie koła... Nic tylko wracać. Jakimś cudem brakujące coś znalazło się w trawie. Zatem do góry. Dość szybko się okazało, że z SPDami, to my się bardzo nie lubimy. Ja bym nawet się przyznała do uczucia szczerej nienawiści dla tych ustrojstw. Generlanie jeśli do mojej śmierci nie doprowadzą, to będzie to coś niebywałego. A o jakiejś wielkiej przyjemności z rowerowania w ich towarzystwie, to można zapomnieć. Fuj! Jak się już na Gorc dokulałam wściekła bardzo, to widok sympatyczny mnie przywitał. Na bazie oprócz dzikiego tłumu było pięcioro uroczych dzieciaków w wieku od 5-15 miesięcy: Milenka, Jagódka, Jasio, Ludwik i dziecię z imienia mi nie znane. Tak oto się spotkaliśmy starą, dobrą, dawno niewidzianą ekipą. Można się zacząć domyślać kto za jakieś 20 lat zasili szeregi pewnej zacnej organizacji i bazę poprowadzi ;) Dnia niedzielnego, około południa trzeba było do dalszej walki rowerowej stanąć. Z bazy na Jaworzynę Kamienicką, przez Turbacz na Stare Wierchy, przez Maciejową do Rabki. Cud-miód prawie rowerowanie, nawet oswojenie z rowerkiem ciut większe. W Rabce w pociąg, a w domu najpierw się do wanny, a potem rowerek :)
Gleby przestałam liczyć... dwie były takie całkiem poważne... efekt: niefajnie poharatane przedramię i łokieć.
Z uczestnikami kinderparty i moim rowerkiem można zapoznać się tutaj.
Jak już dzielnie zaniosłam kaganek przewodnickiej oświaty w progi oświęcimskie i przy okazji zarobiłam sobie na nową lodówkę, mogłam rozpocząć prawdziwe i pewnie jedyne w tym roku wakacje. Wakacyjnie prawdziwe było wszystko. W pierwszej kolejności upał, spóźniony pociąg, pociąg w ogóle, opuszczony peron w popołudniowym słońcu gdzieś we wschodniej Polsce, komary i LKS Inter Gnojnica. Wzięli mnie wywieźli w jakieś pola, sosnowe lasy, nad rzeczkę, w trawę, aż wreszcie wylądowaliśmy w miejscu definiowanym jako najwspanialsze na świecie - w ropczyckiej sielanie. Jak już mnie nakarmiono, to zawinięci w kocyki usadowiliśmy się w sadzie przy owocowym ognisku. Pierwszy raz przy takiej okazji, zamiast trunków standardowych, piłam dobre wino i to jeszcze z kieliszka ;) Jak już wpadłam w wyczekane pielesze, to dopiero południowe słońce wywlekło mnie spod nich. Niekończące się śniadanie pod rozłożystym orzechem płynnie przeszło w zabawy prawie aktywne: ekipa grała w badmintona, a ja z wdziękiem jeździłam wokół na najpiękniejszym rowerze, jaki w życiu widziałam... Damska rama, kontra, zardzewiały łańcuch, skórzane, poszarpane siodełko i metryka nie do uwierzenia. Następnie została zorganizowana wycieckza do Matki Boskiej Ropczyckiej i na lody włoskie do miasta, a potem w celu spełnienia obywatelskiego obowiązku znaleźliśmy najprawdziwszą remizę z najbardziej czerwonym wozem strażackim w okolicy. Jak wiejskie wakacje, to wiejskie wakacje. Aby ulżyć sobie w upale, nad wodę pojechać trzeba było i ciałka swoje wypływać. Lekki chłodek i burczenie w brzuchu nas do domu z powrotem wygnało, gdzie leżąc na kwiecistym leżaczku można było czereśnie, truskawki i zapiekanki nieskrepowanie pochłaniać. Następnie z przyczyn istonie ważnych telewizor na chwilę włączyć należało. W przerwie wieczornych emocji jeszcze nam pozostał spacer o zachodzie do sadu i rwanie pietruszko-marchewki. Powrót późny do rzeczywistości nastąpił przy dźwiękach ukraińskiej czornej żaby, ze smakiem wiśniówki...
Dawno takich prawdziwych wakacji nie miałam, takich innych, niegórskich, a wiejskich, zwykłych, sielankowych, odpoczynkowych i beztroskich. Bardzo warto czasem tak :) Świat z innej strony trochę obejrzeć...


