Odgrzebując gdzieś jakieś niewielkie pokłady zdrowego rozsądku postanowiłam weekend spędzić w domu w trosce o niezbyt idealne kolano. Podejrzewając, jak cudnie jest na Kasprowym z premedytacją nie poszłam do serwisu odebrać narty, żeby przypadkiem diabeł mnie nie podkusił na żadne turowanie. Ale nic z tego! Po dogłębnej analizie piątkowych zdjęć z góry narciarzy, około 1.00 w nocy zostałam spontanicznie namówiona na szybki, sobotni wyjazd. Nawet narty na tę okoliczność zostały bladym rankiem uwolnione z serwisu. Przy cudnych widokach na zakopiance, niespiesznie dokulaliśmy się do Kuźnic. Foki na wolność, a my na górę! Śniegu mnóstwo, słoneczko przyświeca, cud-miód. W tej uroczej, tatrzańskiej scenerii doczłapaliśmy powyżej Kotła Goryczkowego, na sam szczyt Kasprowego sensu nie było wyłazić, bo zjechać górnego odcinka by się nie dało, więc foki do plecaka, a my na dół. Śnieg trudny, jak dla mnie to w ogóle wyższa szkoła jazdy, gleba w białe i puszyste przy co drugim zakręcie, ale jakie to fajowe! Na nartostradzie plaża, zwłaszcza z tak genialnie nasmarowanymi nartami. Drugie w tym sezonie foczenie pierwsza klasa!
Czasem trzeba się trochę polenić, ale oczywiście w górach, więc powstała idea co by się wybrać do naszej Gorczańskiej Chaty, posiedzieć, ponicnierobić, nie ruszać zepsutym kolanem i zahaczyć jeszcze o imprezę z okazji 50. Weekendu w górach. Wyszedł nieprzeciętnie odrealniony weekend pod znakiem wielkiej głupawy ;) Zaczęło się od porannej kawy i mocno opóźnionego wyjazdu, potem było tylko śmieszniej. A na Chacie mnóstwo fajowych ludzi i dobra impreza, a potem słodkie lenistwo, czyli klasyczne szwędanie się z kąta w kąt. Oj, raz na jakiś czas to dobrze robi człowiekowi! :)
Wielka rewolucja w moim rowerowym grajdołku następuje, więc tak sobie pomyślałam, że kilka słów, jak to było i skąd to się wzięło umieścić tu należy.
Pierwszy był Reksio - piękny, seledynowy, dziecięcy rowerek w pierwszej fazie podparty dwoma dotakowymi kółeczkami. Ech, co to były za czasy! Potem, zaraz po kółeczkach pojawił się gruby, długi drąg sprawiony przez dziadka i wciśnięty za siodełkiem, a w zestawie był mój tata, który biegał za mną po osiedlu trzymając za ten kijek właśnie. Dobrze pamiętam wielką tragedię w postaci rozbitego kolana, jak tego drąga pewnego razu puścił. Jechałam na dwóch już kółkach, nie czterech, zupełnie sprawnie dopóki sobie nie uświadomiłam, że nikt mnie nie trzyma :) Jak już opanowałam trudną sztukę korzystania z dwukołowca to wszystkie alejki w okolicy były moje :D Jednak nadszedł ten moment, kiedy z Reksia wyrosłam.
Trzeba się było przesiąść na sprzęt o gabarytach ciut większych. A, że w domu stały już dwa urocze, dwudziestoletnie, czerwone składaki moich rodziców marki Wigry (nie Wigry 3). Jeden od razu zaanektowałam i jeździłam dużo, czasem tylko zazdrośnie spoglądając na BMXy, które pojawiały się u kolegów z klasy. Jaki smutek mój był wielki, jak pewnego dnia wracając ze szkoły zarejestrowałam na korytarzu pod drzwiami tylko trzy śrubki i pompkę... Roweru nie było. Do tej pory zastanawiam się kto się pokusił na taki złom, w którym wszystko skrzypiało. I tak była chwila bez roweru.
W końcu udało mi się przekonać rodziców, że ja bez roweru żyć nie mogę i pojawił się Zielony. Póbowałam dojść dokładnie kiedy to było, ale niestety pewna nie jestem, jakiś koniec podstawówki, więc wychodziłoby, że Zielony ma około 13 lat! Zielony to solidny rower Arkus Forester MTB - tak przynajmniej na nim pisze. Sztywniak z ciężką, stalową, obniżoną po damsku ramą, ale już jakiś napęd, jakieś przerzutki, hamulce i górskie opony. Jak ja się przy zakupie buntowałam - chciałam mieć rower z kontrą i wysoką, wygięta kierownicą, a tu mi jakieś takie wynalazki fundowali ;) Na początku nie jeździłam dużo, trochę po osiedlu i tyle. W zasadzie dopiero w liceum zaczęłam się wybierać "za miasto" - okolice Nowej Huty są fajne na rowerek i Jura też. Rozpoczęła się też era jeżdzenia do szkoły, a że daleko miałam to kilometrów w mieście nabijałam sporo. Z pewnymi przerwami podobnie moje rowerowanie wyglądało też na studiach. W zasadzie takie intensywne i bardziej ambitne podejście do tematu rowerowego to ostatnie trzy sezony - jeszcze więcej jeżdżenia, odkrycie górskiego rowerowego świata i bardziej uważne przyglądanie się rowerkowi. Niewiele orginalnych elemntów zostało w Zielonym. Jest to rower, na którym już jakieś tysiące kilometrów przejchałam, wiele serca w niego włożyłam, a on sporą dawką brudnego smaru mnie uraczył. Taki poligon doświadczalny, dzięki niemu zaczynam wiedzieć z czego rower tak dokładnie się składa i co zrobić, żeby jeździł lepiej.
W międzyczasie, jakieś kilka lat temu w domu pojawił się jeszcze jeden rower. Mama kupiła sobie dwukołowca z dużym napisem Magnum na ramie. Rowerek podobnej, niskiej klasy co Zielony, tylko lżejszy. W sumie to chyba ja zrobiłam na nim więcej kilometrów niż właścicielka ;)
Po kilku ambitnych górskich trasach i maratonie przejechanych na sztywnym widelcu zaczęłam się rozglądać za nowym, porządnym rowerem, na którym ambitne górskie jeżdżenie będzie zdecydowanie większą przyjemnością. I tak się poskładało, że płynie do mnie z drugiej półkuli cudny Specjalista. Jak przypłynie, a będzie to pewnie za jakieś trzy tygodnie, to opowiem dokładnie skąd on się wziął... Doczekać już się nie mogę!
Miały być tury na Kasprowym, ale śnieg sobie poszedł. Był pomysł na kolejne zakończenie górskiej kariery Zielonego w Makowskim, a skończyło się na uroczym, krakowskim weekendzie. Wszystko dlatego, że czasem trzeba zostać w domu. Wartało skorzystać z okazji i poświęcić dłuższą chwilę Zielonemu. Młody, prężny i śliczny specjalista płynie sobie przez wielką kałużę, a Zielony w oczekiwaniu przygotowuje się do miejskiej emerytury. Należała się wymiana kasety z wolnobiegiem, więc pół napędu rozkręciłam, piastę przy okazji i przez przypadek też. Wiem już ile kulek jest w łożysku, ale przy odkręcaniu wolnobiegu poległam. No niestety nie dość, że nie posiadam klucza ku temu, to imadła też brak. Trzeba było wziąć koło pod pachę i zawędrować do miłego pana w serwisie, który te niezbędne narzędzia posiadał, a przy okazji trochę siły i to ustrojstwo odkręcił. Zanabyłam też tubkę smaru teflonowego i do tej pory zadaje sobie dwa pytania: dlaczego ten smar jest różowy? i dlaczego nigdy nie kupiłam sobie kremu do twarzy w takiej cenie, a smar do roweru i owszem? No więc po zgłębieniu konstrukcji piasty i złożeniu jej do kupy, nakręceniu nowego wolnobiegu i kasety, udało się skręcić koło w całość i to razem z resztą roweru. A! w międzyczasie zostały zamontowane dwa nowiutkie pedały, przedni blotnik, dzwonek na krnąbrnych pieszych łażących po ścieżkach rowerowych i nowe światełko, bo zgubiłam już trzecie w tym sezonie. Na koniec smarowanie, pompowanie, regulacja hamulca i przerzutek, no i cud-miód rowerek nie do poznania :) Jeszcze tylko trzeba testy w terenie zrobić czy aby na pewno koło jest dobrze zamontowane i miejska kariera stoi przed Zielonym otworem. No, w zasadzie to ją daaaaawno rozpoczął, ale teraz to już tylko i wyłącznie będzie czuł pod kołami krakowskie asfalty. Zwięczeniem całej metamorfozy będzie jeszcze nowe siodełko. Opon na razie nie zmieniam, może ewentulanie na wiosnę.
Zielony to naprawdę fajny rower! :)
Małe uzupłenienie: Zielony jak nowy! Koło mi nie odpadło. Dlaczego ja wcześniej nie zrobiłam tego remontu? Nawet mi się przez przypadek udało zlikwidować luz w napędzie! Jestem z siebie dumna! ;) Jeszcze tylko poprawić smarowanie i regulacje tylnej przerzutki i będzie git!
Tak się złożyło, że w tym roku po raz pierwszy dostąpiłam zaszczytu egzaminowania na połówce i to ponoć jako pierwsza kobieta w historii SKPG. I tak w towarzystwie trzech już doświadczonych Szanownych Egzaminatorów, lekko zestresowana stawiłam się sobotnim rankiem na miejscu zbiórki. Do przepytania 14 kursantów - mało. Pierwszego dnia męczyliśmy w Makowskim - z Harbutowic, przez Koskową do Żarnówki. Trasa pod hasłem: 154 rodzaje mgły, deszczu i krzaków. A zdającym całekiem nieźle szło. Wieczorkiem najfajniejsza część połówki, czyli połówka, a raczej więcej niż kilka połówek ;) Niedzielny ranek przywitał nas przedzierającym się przez mgłę słoneczkiem, więc na Babią! (na którą w efekcie i tak nie dotarliśmy). Mogłoby się wydawać, że Babka to taki samograj przewodnicki, ale w odpowiedziach kursantów jakoś ciężko było znaleźć potwierdzenie tej teorii. Gwiazdorskich popisów nie stwierdzono, ale za to nowe schronisko na Markowych można było oglądnąć, na góry z wysokości w końcu popatrzyć i egzaminacyjnych bojów z panoramami wysłuchać. Nadszedł jednak czas podsumowania zmagań, takie ocenianie to wcale nie taka prosta sprawa, w efekcie 12 kursanckich duszyczek ma szanse walczyć o blachę dalej.
Cóż, pierwsze koty za płoty. Muszę przyznać, że bycie w komisji egzamiancyjnej na egzaminie praktycznym to bardzo ciekawe doświadczenie. Stwierdzenie czy ktoś się na przewodnika nadaje lub nie wcale takie proste nie jest.
W połowie zeszłego tygodnia spadł pierwszy śnieg! Dużo śniegu! Foki od razu zaczęły się upominać o odrobinę wolności. Kilka dni monitoringu wszelkich dostępnych górskich kamer internetowych i prognoz pogody miało pomóc w podjęciu decyzji. Postanowione - w niedziele sezon skiturowy czas zacząć (choćby nie wiem co)! Po uroczym, sobotnim spotkaniu znakarzy w Rytrze nastapiło spontaniczne przemieszczenie na Niemcową i jakże miłe, długie, gitarzone posiady. Śnieg padał cały czas! Nie bardzo rano, a raczej koło południa foki zostały wypuszczone na wybieg. Warunki im wyżej tym cudniejsze, całkiem niezłego śniegu mnóstwo, miejscami nawet pół metra. Jesień z zimą totalnie wymieszana. Zestawienie rudego, zielonego i białego prezentuje się całkiem gustownie. Tak więc w nieustającym zachwycie rozpoczęło się foczenie na Rogacz i dalej w kierunku Prehyby. Takiej zimy w górach 18 października to ja jeszcze nie widziałam. Trasa trochę czasu zajęła, a jeszcze trzeba było się przemieścić na dół, co okazało się wcale nie takie łatwe. Im niżej tym bardziej lepko i coraz ciemniej. Zjazd nie należał niestety do najfajnieszych i był możliwy tylko dzięki cudem wrzuconemu do plecaka kawałkowi świeczki, który zapobiegł totalnemu przyklejeniu się do mokrego śniegu. Moment załadowania nart na plecy nadszedł dość wysoko i dalej pozostało już tylko drałowanie z buta do Szczawnicy. A że późno było, to kombinatorykę transportową do Krakowa trzeba było zastosować.
Pierwsze foczenie w tym sezonie, jak najbardziej udane. Ciekawe ile ten śnieg poleży? Może Kasprowy za dwa tygodnie? :D A jak na razie to aspiryna, ciepła kołderka i zestaw zdjęć z zimowo-jesiennego lasu.
Tak niesamowicie zakręconego weekendu to dawno nie było. Zupełnie spontaniczny pomysł: jedziemy w Bieszczady! został zrealizowany, mimo że wszystko mówiło - bedzie lać! Nic to! Pragnienie zobaczenia czerwieniących się, bieszczadzkich buków było silniejsze i wzorem Oli został zastosowany meteorologiczny ateizm. Długa, piątkowa droga pod znakiem Mamma mia! i Wgórowych kliamtów zakończyła się na Końcu Świata, czyli w Łupkowie. Wszystko byłoby cudnie, bo miejsce klimatyczne, gdyby nie dziki tłum zlokalizowany w chacie, poszłyśmy, więc spać do szopy na siano w towarzystwie białego koguta z rozregulowanym zegarem - piał całą noc. A! w ogóle wyjazd był z rodzaju babskich, co znaczenie miało duże :) Po drodze było jeszcze nocne zwiedzanie odbudowanej po pożarze cerkwi w Komańczy. Poranne picie herbaty w jakże malowniczym otoczeniu ciut się wydłużyło, ale w końcu udało się wyjechać i dotrzeć do Ustrzyków. Ruszyłyśmy na podbój Tarnicy, na Szerokim Wierchu nie było widać już nic, ale nie padoło! Na szczycie mleko totalne, więc panoramę na pół Ukrainy i Słowację trzeba było sobie wyobrazić, ale za to okazało się właśnie tam, że wylicytowałam cudowny rowerek (opowieść o tym w następnym odcinku ;) Resztki zdrowego rozsądku powstrzymały nas przed obaleniem wina z tej okazji. Dalej była już tylko mgła, wiatr i ciemności na Bukowym Berdzie oraz po raz kolejny skręcona noga. Stanęło na noclegu pod parkową wiatą i dobrze, bo potem była jeszcze burza, a tam sucho, ciepło i szeroki, równy stół ;) A do tego pyszne leczo i dwa kartony grzańca. Rano w strugach deszczu zeszłyśmy do Pszczelin, na Caryńską nie było szans. I tu Ania wykazała się wyjątkową skutecznością w lapaniu stopa - zatrzymała pierwsze auto, a trzeba zaznaczyć, że byłyśmy trzy z dużymi plecakami, mokre i ubłocone solidnie. Pierwszy raz widziałam coś takiego, a na stopa jeżdżę często ;) Zapakowałyśmy się w autko i do Siekierezady, bo cóż innego można robić w taki deszcz, a potem na pysznego pstrąga i w kierunku domu z założeniem intensywnego krajoznawstwa. Tak więc, mimo że nam się nie chciało była cerkiew w Wisłoku Wielkim, kapliczka na Przełęczy Szklarskiej, kawa i gofry w Rymanowie-Zdroju, Główny Beskidzki dla zmotoryzowanych przez Wgórza Rymanowskie, szybki zachwyt iwonickim uzdrowiskiem i zachód słońca nad Cergową, potem już tylko szybciutki powrót. Podsumowując: pięknie było! O taką jesień chodziło! No, może gdyby nie padało...
No to już wiem, jak namalować szlak :) I wcale nie jest prosto zrobić to tak, żeby było sensownie i nikt przypadkiem się nie zgubił. W każdym razie polataliśmy trochę z pędzlem i puszką farby po deptaku w Krynicy i lesie też. Artystycznie wyżyć się można było - z dzieła możemy być dumni ;)
Aby obejrzeć to dzieło wystarczy zaglądnąć tu.
Gdzie się podziało górskie lato!? Lata już nie ma. Kiedy i jak zniknęło nie wiadomo. Jakieś takie niezauważone… Jesienne góry pustoszeją, każdy zamyka swój letni, górski świat w pudełku i chowa do kieszeni. Przy okazji robi remanent, co zostało zrealizowane, a co nie z wakacyjnych planów. Czując niedosyt letnich gór ma nadzieję na wrześniowo-październikowe szczytów zdobywanie. Robi się nostalgicznie, zimno, mgliście, deszczowo, ale między ten ponury wizerunek jesieni wciska się jeszcze słonecznie kolorowa buczyna, płowe trawy i rude borówczyska. Jesienna wolność wracania w nasze góry pojawia się na szlakach. Dalekie i wysokie wierzchołki kończą przyjmowanie letnich zdobywców zasnuwając się w niepogodzie i niedostępności. Kończy się też obowiązek realizacji wielkich wypraw. Teraz można się wybrać w te góry bliskie, wakacyjnie zapomniane, bo zbyt niewiele znaczące w galerii bogactwa górskiego świata. Po letnim zachwycie różnorodnością górskiej formy i różnorodnością formy górskiego działania można wreszcie spokojnie zadać pytanie o co tak naprawdę chodzi nam w górach i po raz kolejny na nie odpowiedzi nie znaleźć. I dobrze! Bo gdyby pojawił się choć zarys wyjaśnienia, to siła wyganiająca nieustannie w pagóry zanikłaby albo co najmniej mocno osłabła. A tak pragnienie szukania nie do końca sprecyzowanego, górskiego celu pcha coraz wyżej, dalej i trudniej, na różne sposoby.Zapraszam na trzecie spotkanie z nową Gazetą Górską, może trochę nostalgiczne, na pewno historycznie zabarwione i, rzecz jasna, jesienne. Znów mam nadzieję i znów na to samo, że znajdziecie tutaj dla siebie kolejny, nowy kawałek ogromnego, górskiego świata.
Niech jesień nie uśpi Waszych gór!
Już trzeci wrześniowy, rewelacyjny weekend w Tatrach! Plan jesiennego ataku na te górki realizuje się całkiem intensywnie. Tym razem padło na szeroko rozumiane okolice Moka z pomysłem na wielkie zdobywanie. Zatem WHP w łapki i do dzieła! Dzień sobotni został poświęcony Mięguszowi. Od Czarnego Stawu w kierunku Przełęczy pod Chłopkiem, a dalej na prawo i do grani powyżej Hińczowej Przełęczy, potem nieudane niestety, ale dzielne próby dotarcia na wierzchołek oraz mądra decyzja odwrotu przez Hińczową pod Mnicha i do Moka. Miał być nocleg w dzikiej dziczy, ale stanęło na schroniskowej werandzie. Dzień niedzielny z braku starań rozpoczął się ciut późno i mimo oporu chęci został przeznaczony na zdobywanie Cubryny. Zatem znów pod Mnicha, pod ścianę i myślenie co i jak dalej. Opisy okazały się mało precyzyjne i wylądowaliśmy w terenie, nazwijmy to, trudnym - dwójkowo i straszliwie krucho z elementami wyjeżdżających trawek. Cóż za radość była wielka po dotarciu na grań. To, że nikt z nas nie poleciał i krzywdy sobie nie zrobił, to tylko i wyłącznie do kategorii cudu można zaliczyć. W każdym razie szczęśliwie Cubryna została zdobyta :) Pozostał tylko odwrót do Moka, znów przez Hińczową, kolacja i do domu. Aha, drogi do Morskiego Oka nie znoszę w dalszym ciągu, nawet po ciemku i z nowym asfaltem.
Wnioski z całej imprezy są takie, że kawałek liny i kask zawsze trzeba mieć ze sobą, bo inaczej to głupio można skończyć. Mądre to to nie było, ale jakie fajne :)
Na szczęście czystej głupoty na zdjęciach nie widać tylko fajne góry, więc zapraszam tu.Przymiotników wyrażających zachwyt w słowniku języka polskiego nie starczy, aby opisać ten weekend w Tatrach! W piątek wieczór dotarliśmy na Łysą Polanę, gdzie w budynkach dawnego przejścia granicznego jest teraz super miejscówa noclegowa. Sobotnim, bladym rankiem szybkie przedostanie do Jaworzyny i w górę Jaworowej Doliny ze śniadaniem w Jaworowym Ogrodzie. W końcu Lodowa Przełęcz i wodoki na wszystko. Potem migiem na Lodową Kopę, a tam widoki na jeszcze więcj niż wszystko. W nagrodę był rosół z cyferkami. Dalej na dół do Lodowej Dolinki z lukiem zza winkla na Kotlinę Pięciu Stawów Spiskich. Spindranie na Czerwoną Ławkę i już tylko niekrótkie wędrowanie do Zbójnickiej Chaty w towarzystwe Jaworowych, sześciu kozic i różowego zachodu słońca. W schronisku miłe spotkanie i czasowe powiększenie ekipy, dwa piwa i szybka decyzja, że 14,50 euro za glebę to za dużo, a spanie pod chmurką jest fajne. Wszystkie ciuchy na się, a się do śpiwora-firanki i pod nrcetkę. Odziwo było ciepło! Tak, że prawie na wschód słońca zaspaliśmy. Po leniwym śniadaniu z widokiem na otoczenie Doliny Staroleśnej wymarsz na Rohatkę i ciągłe Gerlaha podziwianie. Potem Polski Grzebień w wystupem na Małą Wysoką i koniec graniowych przyjemności. Już tylko w dół do Doliny Białej Wody, która długa jest, nawet bardzo, za bardzo. Mimo swojej omszałej urody w środkowej części, stworzona to przemierzania na nogach nie jest. Kółko zamknęło się na Łysej Polanie, a Tatry zamknęły się w chmurach. Nieziemsko było!
A obrazkowy dowód tej nieziemskości znajduje się tutaj.Wrześniowy sezon tatrzański rozpoczęty! Choć widmo niewypału długo unosiło się nad pomysłem tego wyjazdu. Najpierw straszyły prognozy pogody, potem dziwaczny, piątkowy pobyt w Warszawie się przedłużył i na tyle mnie wykończył, że sobotni bardzo poranny wyjazd zmienił się w mocno popołudniowy. Jak dotarłam do Zakopca to się okazało, że na Palenicę nie jedzie już nic, więc trzeba było użyć uroku osobistego i przekonać kierowcę złapanego na stopa auta, że koniecznie musi mnie tam zawieść, chociaż po drodze mu nie było. Dzień zakończył szybki bieg do Piątki (1 h 10 min od Wodogrzmotów ;). A rano - Tatry po prostu! Sympatyczna traska na Szpiglasowy, dalej pod Mnicha ile puścilo i do Moka (drogi z Moka nie znoszę!). Wszystko to przy wybitnie zmiennej pogodzie i, jak zawsze, w dobrym towarzystwie. A wieczorem wizyta w moich uwielbianych, zakopiańskich progach :)
Chmurnych zdjęć tatrzańskich dużo tutaj.Po tym jak Zielony kilka razy, na środku ruchliwego skrzyżowania, w bardzo głośny sposób powiedział "mam za długi łańcuch", trzeba się było za temat wziąć. Tak więc rozkuwanie, skuwanie, mierzenie i zakładanie łańcucha opanowane. Zobaczymy, jak teraz będzie jeździć. Oby się przyjął bez wymieniania kolejnych elementów napędu.
Gorca już nie ma... to znaczy nie ma bazy i to tylko do przyszłego sezonu. Zwinęliśy i zwieźliśmy cały majdan na dół. Jak to się udało szcześliwie zrealizować, do tej pory nie wiem. Ludzi do pomocy było bardzo mało. Zdążyliśmy zwinąć część namiotów tuż przed deszczem w sobotę, a jak lunęło to lało. Robota w takich warunkach to średnia przyjemność. Jedyne co nam pozostało to zrobić solidną imprezę na koniec i na pocieszenie. Nieustające toasty za pogodę okazały się skuteczne. Świt w niedzielę wywołał radość wielką! Słoneczko mocno przypiekło i prawie wszystko wyschło. Solidnie zapleśnieć ma szanse tylko jeden NS, ale postaramy się do tego nie dopuścić. Ekspresowa akcja dźwigania podestów, ławek i innego drewnianego wyposażenia oraz tworzenie konstrukcji przypominającej szopę w zagajniku zakończyła się sukcesem. Miejmy nadzieję, że to przetrwa do przyszłego roku w całości. Załadowaliśmy resztę rzeczy na wóz i nowym szlakiem zwózkowym zjechalismy do Jamnego, a potem na Chatę. Tam świetna miejscówka dla sprzętu, możliwość suszenia i doglądania rzeczy w razie potrzeby - po prostu rewelacja! W ten sposób rozpoczęła się nowa era w dziejach bazy z nowym, zdecydowanie sensowniejszym mgazynem. Na koniec tylko pozostała do zrealizowania tajna operacja "kontener", która przy odrobinie stresu również zakończyła się wynikiem pozytywnym.
Było ciężko, ale udało się! Dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli, bo gdyby nie to, to pewnie siedziałabym teraz na środku majdanu i płakała. A tak 41. rok Bazy na Gorcu przeszedł do historii. Dziękuję tym, którzy bazowali, tym, którzy pomagali i tym, którzy po prostu przyszli na bazę. Gorc to najfajniejsze miejsce na ziemi! Zapraszam za rok...
Gorcstok był rewelacyjny! I to dlatego, że dużo świetnych ludzi włożyło w to wiele pracy. Na bazie dziki tłum, ale nawet całkiem zdyscyplinowany. Wielkie przygotowania, piątkowe koncerty rozproszone do bladego świtu i wschód słońca na Młynieńskim. Gorcstokowa sielanka przy dźwiękach iluśtam gitar i hejnał krakowski w samo południe w promieniach upalnego słońca. Ale tradycji musiało się stać zadość i lunęło. Idelanie, jak co roku, sobotni koncert w strugach deszczu, z kuchennej perspektywy. Wykonawców dużo i dobrzy. A rano mgła, wilgoć i gitarzenie do przeciągającego się śniadania. Powolny exodus turystów, początek sprzątania i zbawienny promień słońca późnym popołudniem - po prostu Gorcstok!
Zdjęcia z wszystkich etapów imprezy bez głównych koncertów tu.Dzięki takim weekendom, jak ten człowiek jest w stanie przeżyć brak dłuższego wolnego. A już miałam sobie dać spokój w sobotni, blady poranek - dobrze, że tego nie zrobiłam :) Zapakowałam Zielonego do "Kasprowego" i w górki! W życiu nie widziałam tylu rowerów na raz w jednym pociągu! Pierwszego dnia traska miodzio. Z Pyzówki, przez Stare Wierchy, na Turbacz - tam dziki tłum turystów i rowerzystów też (można sobie było fajne maszyny pooglądać), no i burżujskie pierogi z borówkami. Dalej cudny zjazd na Knurowską - szlak stworzony do rowerowania! I już trochę mniej cudna jazda na Lubań z masakrycznym dźwiganiem roweru na wierzchołek. A po drodze jeszcze dwóch sympatycznych rowerzystów, którzy nie mogli uwierzyć, że baba, sama, na takim rowerku jest w stanie dojechać na bazę, nie zgubić się i jeszcze wie do czego służy pompka i zapasowa dętka ;) W nagrodę dostałam bardzo dobrą herbatę i lubańskie naleśniki. Bo tak w ogóle to na bazie na Lubaniu jest fajnie! Udało się w te wakacje odwiedzić wszystkie nasze bazy i chatę! Drugiego dnia miał być krótki, łatwy i przyjemny przejazd z Lubania na Gorc. Wyszło ciut inaczej. Zamiast na niebieskim szlaku wylądowałam na zielonym z kamienistym wąwozem w międzyczasie, a potem było jeszcze krzalowanie, które generalnie nie jest takie złe pod warunkiem, że nie targa się roweru ze sobą. No ale dotarłam na Gorc, więc pełnia szczęścia osiągnięta. Całość imprezy została zwieńczona niesamowitym zjazdem o wschodzie słońca do Kamienicy i nawet pan kierowca autobusu był miły - nie dość, że bez sprzeciwu zechciał mnie zabrać z rowerem, to jeszcze własnoręcznie mi go wepchał do bagażnika.
A tak w ogóle to najprawdopodobniej było to pożegnanie Zielonego z górami. Następny taki wypad już na nowym sprzęcie. Ale jak mi ktoś powie, że po górach można jeździć tylko na super rowerkach z nie wiadomo jaką amortyzacją, to ja powiem, że to wcale nieprawda! ;)
A! jeszcze kilometry: 40 + 20 + 10 = 70 km czystego terenu! I klocki od tylnego hamulca do wymiany - po kilku fajowych zjazdach już ich praktycznie nie ma ;)
Nie wiem, jak to zrobiłam i nie wiem, jakim cudem Zielony to wytrzymał, ale udało się przejechać całą trasę maratonu z Nowego Sącza do Myślenic. Setka w zakładanym czasie! Podobało mi się bardzo, choć zmęczyłam się solidnie :)
A tutaj kilka fotek.Góry po Robocie przerobione na Góry na Żądanie, czyli gorcowe oderwanie od rzeczywisctości w środku tygodnia. Cudne są takie akcje! Nie dość, że nie trzeba czekać do weekendu, by pojechać w góry, to jeszcze siedzi się na bazie ze świetnymi ludźmi, wcina grzanki z serem, pierogi z borówkami i naleśniki. I choć beznadziejnie deszcz leje się z nieba, jest niesamowicie, jak nigdzie indziej na ziemi.
Tak, żeby nie było, że tylko o weekendowych wyjazdach, to będzie jeszcze o odkrywaniu tajników konstrukcji roweru ;) A może powinnam założyć osobnego bloga o wspólnym życiu z Zielonym? ;) W każdym razie po intensywnym, radocyńskim rowerowaniu i przed sobotnim wyczynem trzeba było rowerek doprowadzić do lepszego stanu i przeszkolić się w regulacji przerzutek i hamulców. Pół nocki nie moje, ale udało się! Zielony chodzi, jak masełko, coś jeszcze z niego będzie na pewno, a ze mnie może w przyszłości kawałek mechanika rowerowego ;) Cel - rozłożyć go kiedyś do najmniejszej śrubki, a potem poskładać tak, żeby jeździł. Droga do tego pewnie będzie tu dokładnie opisana. A w ogóle to udało się w końcu, przy trzecim podejściu, odkręcić błotniki, co w cale proste nie było.
No i udało się pojechać na Radocynę! I to jeszcze z rowerami! Zaczęlo się od kameralnej imprezki magisterskiej, która zaowocowała tradycyjnym, bazowym, długim wstawaniem zwieńczonym pyszną jajecznicą. Po odpowiedniej dawce lenistwa przyszedł czas na całkiem fajne rowerowanie przez Bartne, Świątkową i Nieznajową, a potem można było już tylko uprawiać radocynizm w czystej postaci przy dobrym leczu, ognisku i gitarce. Drugi dzionek zaczął się zdecydowanie wcześniejszym rowerowaniem po trasie sympatycznej, choć bardzo z przypadku. Zielony po raz kolejny udowodnił, że mimo swojej znacznej niedoskonałości, mimo kiepskiej przerzutki i słabych hamulców, jest fajowym rowerem, bo jest ;) A tak w ogóle, to życie ze sztywnym widelcem jest bardziej wyboiste, a Potwór z Wisłoki tylko czeka na swoją kolejną ofiarę.
Focidła obrazujące radocynizm rowerowy można zobaczyć tu.