Tydzień jakoś tak się zrobił wyjątkowo towarzyski. Zaczęło się od tortilli, przez kurczaka po chińsku, chilijskie i mołdawskie wino, po sushi. Spotkania tak różne, jak te frykasy ;) W międzyczasie, jak zwykle odbywał się nieustanny monitoring warunków śniegowo-pogodowych z nastawieniem na porządną, tatrzańską turę. I po raz kolejny tej zimy w okolicach piątku trzeba było zapomnieć o marzeniach na temat dużej ilości cudnego, białego i zweryfikować plan. Zatem choćby Kasprowy... No i może śniegowo było ok, ale pogodowo zdecydowanie nie-ok. Stanęło na niezbyt ambitnym rozjeździe śnieżnickim. Jakoś ten stok wydawał mi się te kilka sezonów temu trudniejszy i, co tu dużo mówić, trochę mi się nudziło. A jak się człowiekowi nudzi w takich okolicznościach przyrody, to wjeżdża do lasu :D Śniegu przyzwoicie - tak, żeby się nie zabić, choć do ideału daleko. Jazda ciekawa, bez bliższych spotkań z drzewami. W zasadzie to jestem z siebie dumna, bo chyba pierwszy raz wjechałam w dość gęsty las na nartach bez przerażenia w oczach. Przeżyłam i jeszcze na dodatek mi się podobało, bardzo! Podziwiać to należy tu ;)
Ha! Nadszedł ten jedyny w roku wieczór, kiedy zakładam kieckę i szpilki! Bal Przewodnika! Hasło balu: Dziki Zachód, czyli każdy kiedyś chiał być kowbojem - to było widać! Konwencja balu doprowadzila do tego, że panowie w zdecydowanej większości, słusznie zresztą, przyszli w dżinsach. A ja chciałam sobie te garniaki pooglądać... Ale za to ilość damskich szpilek była odpowiednia. Pojawiło się całe stado szeryfów, byli "WANTED", kaktus, lasso, indianki, panie z saloonu, muzyka country, farmerzy i galaretka - to słowo zmieniło swoje znaczenie ;) Fajne miejsce i cała noc świetnej imprezy. Szpilki założyłam - żeby nie było - i sukienkę też, i wytańczyłam się, też ;) Co to był za bal spojrzeć wystarczy.
Co ta zima w tym roku wyprawia? Najpierw zaskoczyła jakimś takim dziwnym i niespodziewanym październikowym wybrykiem. Spragnieni śniegu, zwłaszcze tego pod oklejoną foką nartą od razu wyruszyli sprawdzić czy to białe w górach, w środku jesieni na pewno jest prawdziwe. Było prawdziwe! I stopniało, no ale w końcu to jednak jesień. Przyszło czekać na zimę właściwą...
Nadeszła połowa listopada. No niby w górach to już czas na zimę. Pojawiła się, sypnęła ładnie, połechtała lekko świeżo serwisowane ślizgi nart, odwróciła się na pięcie i sobie poszła. Pomroziła tylko przez chwilę w międzyczasie, dając złudny cień nadziei. Zaraz mi tu ktoś powie, że przecież cała Polska cierpi z powodu zimy dekady. A ja odpowiem, że może i cała, ale na północ od Krakowa. W górach tylko jakiś marny substytut się palenta. I co z tego, że na gałązkach stroszą się ładnie zmrożone pióropusze? Co z tego, że mróz skrzy się uroczo w promieniach zachodzącego słońca? Co z tego? Jak ze śniegiem mizeria! Czarne kamienie łypią złowrogimi oczami spod kilkucentymetrowej wartswy puchu, a szaro-bura trawa prezentuje swoje zaskakujące wdzięki na polanach, jak w marcu.
Skoro zima się na nas wypięła, to my na nią też! A co! Zimowy numer wcale nie będzie taki zimowy, jakby się można tego spodziewać. Uczymy się od zimy, dopasowujemy do jej fanaberii, spóźniamy się i również próbujemy zaskoczyć. Czy coś oprócz spóźnienia z tego wyszło zobaczcie sami. A o śniegu, mrozie, lawinach i innych takich, ponoć zimowych, frykasach może będzie na wiosne, jak się już z zimą i górami w tym aspekcie dogadamy.
Mimo tych zimowych przebojów, albo raczej wybojów, na góry się nie obrażajcie. Cóż z tego, że śniegu tam brakuje?
Zatem górskiej zimy prawdziwej! Choćby wiosną!
Nadeszła połowa listopada. No niby w górach to już czas na zimę. Pojawiła się, sypnęła ładnie, połechtała lekko świeżo serwisowane ślizgi nart, odwróciła się na pięcie i sobie poszła. Pomroziła tylko przez chwilę w międzyczasie, dając złudny cień nadziei. Zaraz mi tu ktoś powie, że przecież cała Polska cierpi z powodu zimy dekady. A ja odpowiem, że może i cała, ale na północ od Krakowa. W górach tylko jakiś marny substytut się palenta. I co z tego, że na gałązkach stroszą się ładnie zmrożone pióropusze? Co z tego, że mróz skrzy się uroczo w promieniach zachodzącego słońca? Co z tego? Jak ze śniegiem mizeria! Czarne kamienie łypią złowrogimi oczami spod kilkucentymetrowej wartswy puchu, a szaro-bura trawa prezentuje swoje zaskakujące wdzięki na polanach, jak w marcu.
Skoro zima się na nas wypięła, to my na nią też! A co! Zimowy numer wcale nie będzie taki zimowy, jakby się można tego spodziewać. Uczymy się od zimy, dopasowujemy do jej fanaberii, spóźniamy się i również próbujemy zaskoczyć. Czy coś oprócz spóźnienia z tego wyszło zobaczcie sami. A o śniegu, mrozie, lawinach i innych takich, ponoć zimowych, frykasach może będzie na wiosne, jak się już z zimą i górami w tym aspekcie dogadamy.
Mimo tych zimowych przebojów, albo raczej wybojów, na góry się nie obrażajcie. Cóż z tego, że śniegu tam brakuje?
Zatem górskiej zimy prawdziwej! Choćby wiosną!
W piątkowy wieczór tym razem nie udało się zrobić rozgrzewki zjazdowej w Myślenicach, ale za to w sobotę w Wyspowy z kursem i fokami. Jeszcze w grudniu mnie naszło, zatęskniłam za zimowym wyjazdem szkoleniowym... Śnieg po pachy, mróz, jak diabli, a ty człowieku rozczajaj panoramę z Ćwilina przez dwie godziny - cudownie! Dawno tego nie robiłam, sentyment poczułam, więc jechać trzeba przypomnieć sobie, jak to się kursantów szkoli. Inaczej tylko tyle, że śniegu trochę maławo, jak na kursową zimę, a na nogach narty! Jak się o tym marzyło w starych, dobrych, kursowych czasach...
W sobotę Mogielica, w niedzielę Ćwilin - dwa klasyki przy dobrej pogodzie. Patrzyć tu! Młode kursnaty sympatyczne i nawet trochę naumiane. Ech, no fajnie było, tylko zmęczyłam się jakby mniej i nie zmarzłam zbytnio... puchóweczka na zimowe panoramki to jest to ;)
No i co z tym śniegiem?! Niby jest, niby nie ma, a człowiek się niecierpliwi i foki maltretuje. Choć w sumie weekend narciarsko wyszedł mocno wydłużony. Narty mogą nawet zmusić człowieka do stawienia się w pracy na 8.00 rano :) A po pracy do Myślenic, na stok, ujeździć się. Cel: ćwiczyć, ćwiczyc, ćwiczyć skręt NW, bo bez tego poza trasę ani rusz, a u mnie to nierewelacyjnie w tym temacie niestety.
Weekend właściwy - foczy, choćby nie wiem co! W Tatrach pogoda do kitu, w moich pagórach śniegu tak sobie, ale narty pod pachę i do Chaty! Przy okazji na imprezę wośpową się załapać. No ale główny element programu to gorczańskie foczenie. Foki biedne, wymęczone, poharatane, ze zjazdu w sumie nici, ale człapanie zupełnie fajne :) Jak się chce, to się da! Zresztą, co będę pisać, jak zobaczyć można. Było tylko ciut husarii, narty wodne, narty krzalowe, a i na Gorc zawędrowałam, zobaczyć co tam na bazowych włościach słychać - cisza i spokój, jak w domu...
Straty tury: roztargana foka i urwany troczek od plecaka do przypinania narty, ale i tak warto było!
Poniedziałkowy wieczór też na stoku w Myślenicach i dalej ćwiczyć! Ale w tym sezonie na mnie zarobią, za to ja się ujeżdżę ;)
góry,
imprezy,
krajoznawstwo,
z buta,
zjazdówki
Bawarskie zabawy, alpejskie jazdy, sylwestrowo-noworoczne spacery!
09:21No i nas poniosło! Tym razem na zachód. Pierwsze wyzwanie - pakowanie. Jak tu zmieścić pięć ludzików, pięć par nart, pięć par kijów, pięć par butów narciarskich, pięć plecaków, pięć toreb z jedzeniem i całe mnóstwo innych drobiazgów do jednego auta? Da się :) Caaały dzień jazdy urozmaicany nową grą strategiczną LPG i udało nam się dotrzeć do Monachium, gdzie u kochanej i wyjątkowo cierpliwej Aśki ulokowaliśmy cały nasz bajzelek i nas też. Dnia następnego ruszyliśmy na podbój Alp Bawarskich, zaczęliśmy od trochę nieprzewidzianego zwiedzania infrastruktury turystycznej okolic Garmisch, ale w końcu udało się dotrzeć pod Zugspitze i pojeździć! Cudne alpejskie szczyty, cudny alpejski śnieg i trochę jazdy pozatrasowej, ale i pewien niedosyt, jak na takie góry. Popołudniu zabraliśmy się z sukcesem za "zdobywanie" wierzchołka dachu Niemiec. Kolejny dzień to eksploracja Garmisch-Classic, no i w końcu śliczne, długie, całkiem trudne, czarne trasy, niektóre nawet zamknięte, muldziaste i wydarte - mniam! Jakie? Zerknąć polecam tu. W międzyczasie trzeba się było jeszcze zapoznać z litrowym kuflem bawarskiego piwa i wieczornymi ulicami Monachium. Nasze transportowo-miejskie zabawy między górami a nartami w obrazkach są tutaj.
Żyć, nie umierać, tylko dlaczego wszystko człowieka tak boli, a zwłaszcza mięśnie ud? Cieżka praca... W Sylwestra odpoczynek i wielka, alpejska wyprawa...
Stoczywszy ciężką walkę z naszym niechciejem, zaawansowanym, sylwestrowym popołudniem wyruszyliśmy w Tyrol, do doliny Karwendel. Nowy Rok witać mieliśmy w winterhausie u jej zwieńczenia. A że dolina długa jest, a droga nią jeszcze dłuższa świętowaliśmy jakieś dwie godziny przed dotarciem do schroniska, ale za to w jakiej scenerii! Pełnia, bezchmurne niebo i niesamowite, śnieżne góry wokół. Nieziemsko! Niespodziewanie! Inaczej! Jedynie w swoim rodzaju! Tak Sylwestra jeszcze nie spędzałam, czegoś takiego jeszcze nie widziałam... Po dotarciu do chaty odbył się opóźniony rytuał imprezowy, a na deser dostaliśmy morze mgieł i ponad górami słońce! I wszystko proste tak! Znów w dół, do doliny, w Nowy Rok, w nowy czas... Wyglądało to właśnie tak.
Jeszcze dzień narciarskiej przyjemności, jeszcze urocze Ga-Pa, jeszcze dziwaczne w noc siedzenie i powrót do domu.
A tak na marginesie, to Monachium jest idealnie rowerowym miastem! Ilość ścieżek, oznakowań, stojaków dla rowerów, wolność jeżdżenia, wolność porzucania rowerów bez obawy przed kradzieżą. Prawie że, o mało co, rowerowy raj. Nawet przez chwilę zapragnęłam tam mieszkać ;)
Według teorii, że Święta to trzeba spędzać rodzinnie, a równocześnie najlepiej aktywnie, w drugi dzień zamiast zasiąść z ciepłym sernikiem przed telewizorem, wylądowałyśmy z mamą, bez sernika na stoku! Narciarskim oczywiście :) Mimo że wczoraj lało, a w perspektywie były narty bardziej wodne niż zjazdowe, zdeterminowane pojechałyśmy do Myślenic, na Chełm, bo to jedyny czynny wyciąg tak blisko. A tam odziwo twardo, równo i jeszcze kawałek widoków na Tatry. Przy całej miłości do turowania, zjazdowo też lubię sobie pohulać, foki czasem również świątecznie odpocząć muszą. A my przynajmniej wigilijne obżarstwo miałyśmy okazję pożytecznie odkupić. No, a w górach cudnie! Zima jest fajna, a śnieg jest biały! Niezmiennie... pod warunkiem, że jest...
A ja pakować się idę, bo alpejski śnieg czeka! Będzie Monachium, Zugspitze, trochę innych gór dookoła, no i świetna zabawa w pierwszoklaśnym towarzystwie! Opowiem i pokażę, jak wrócę w przyszłym roku!
Tak więc roku nowego, optymistycznego, intensywnego i górskiego!
Lecz w tę Noc Świętą niech ta skromna chata
Brać przewodnicką gościnnym wita progiem
Bo dzisiaj ponad wszystkie góry świata
Inny Przewodnik pokazuje drogę...
Dzisiaj musiało się to pojawić...
Niech Was ten najlepszy Przewodnik w góry życia prowadzi!
Prawdziwego Święta!
Od ponad tygodnia prószył śnieg, zrobiło się w końcu zimowo zimno. Nadzieja na fajne narciochy pielęgnowana była starannie przez cały tydzień. Warunki jednak nierewelacyjne, dla turów bez szału, ale za to na stokach intensywnie śnieżyli i śnieżą. W każdym razie biały śnieg! Mimo to, to weekend przedświąteczny... a takie weekendy mają to do siebie, że widząc piorunujące spojrzenie rodziny, człowiek postanawia jednak poświęcić chwilę na odgruzowanie domowego kawałka przestrzeni. Tą chwilą była w tym wypadku sobota. Ale za to niedziela... zaczęła się jeszcze w sobotni wieczór. Znów mnie zawiało w zakopiańskie, ukochane porogi. Dzień niedzielny wyjątkowo lodowaty, narciarsko dwudzielny. Najpierw zapodałyśmy ekstremalną, babską turę dolinkową, ale jak czarne oczy kamieni zaczęły groźne spoglądać na nasze foki, to z litości dla ich futerek porzuciłyśmy narty w lesie i z buta zdobyłyśmy Małą Łąkę - wyczyn nie lada! Warun jeszcze zdecydowanie nie ten, ale foki przewietrzone! Wnioski z ekspedycji takie, że przy -18 stopniach mrozu zamarza: woda w rurce od camelbaka, katar w nosie, autofocus w aparacie, moje paluszki w puchowych rękawiczkach i pośladki w cienkich getrach, w grubych już nie :) A popołudniowym wieczorem, na dobicie, na stok na Harendzie, rozjeździć się, poćwiczyć sobie. Całkiem fajne boisko, testowane po raz pierwszy. Oj, dobrze tak się wysilić przed świąteczną chwileńką bezruchu.
Oczywiście popatrzeć prosze jeszcze tu. Jak śnieg biały wygląda, zobaczyć można.
Znów udało się upchać w jeden weekend wszystko, tylko jakoś znowu mało górsko było. Czyżbym się jendak ostatnio obijała? No ale takie intensywne i fajne obijanie to ewentualnie może być. W sobotę poniosło mnie na Śląsk - turystyka industrialna to jest to! Uwielbiam! Głównym punktem prgramu było zwiedzanie kopalni węgla kamiennego Guido w Zabrzu. No, podobało mi się bardzo! Lubię duże i cieżkie maszyny. A jak one wyglądają można podglądnąć tu. Z Zabrza do Gliwic, a tam KNAA - nie będę rozwijąć tego skrótu... Generalnie posiedzieliśmy i pogadaliśmy bezsensu w ogólnopolskim składzie, a wszystko ku chwale Szanownego Towarzystwa - chyba przestaje mi się chcieć walczyć o zbawienie tego grajdoła... W każdym razie nowa Komisja Akademicka wybrana. Szybki, nocny powrót do kraka, a prawie rano na południe, czyli wyczekana podróż w kochane, zakopiańskie progi! Po prostu lubię tam być, śnieg sobie sypał za oknem, siedzieliśmy sobie, piliśmy kawę, wcinaliśmy czekoladę, a ja podziwiałam małego Słodziaka. Taki dla mnie inny, ciepły świat...
A tak w ogóle to śnieg sypie i sypie... Krupówki już białe, jak tak dalej pójdzie to za tydzień tury obowiązkowe! Z innych planów to nie Andy teraz, tylko Himalaje trochę później chyba, a Andy pewnie później, później... Może to i dobrze...
Trzy dni bardzo intensywnego, górskiego święta w Krakowie. Tym razem warto było nie pojechać w góry. Warto było na góry popatrzeć i na ludzi w tych górach. Dla mnie za bardzo sportowo... Góry to nie tylko moc, siła i walka, ale też nie tylko dobra zabawa. Tak dużo wielkich gór, tak dużo wielkich ludzi gór. Takie pytanie: gdzie zatem moje miejsce w górach? Które góry są moje? O które góry ja chce i mogę walczyć?
Zdjęć kilka tu - nie wykorzystałam w pełni wejściówki prasowej.
Nie mogłam się doczekać! Nie wytrzymałam! Wzięłam dzień urlopu, znalazłam towarzystwo, zabrałam nowy rowerek i w górki! Zupełnie inne rowerowanie! Nieporównywalnie lepsze! Aczkolwiek teraz to się dopiero trzeba zacząć uczyć - ruszania na stromiźnie, obciążania przedniego koła, skutecznego podjazdu, przejeżdżania przez błocko, techniki zjazdu, tak, żeby się nie pozabijać i mnóstwa innych rzeczy. No i kondycha do podreperowania, bo mocy ciut brak. Traska wyszła nam całkiem sympatyczna z widokiem na Tatry nawet, choć nie była szybko i sprawnie przejechana, jak to w planie pierwotnym było. Z Pcimia przez Wielki Kamień, Działek, na Kudłacze, Lubomir i w dół przez Kamionke do Pcimia z powrotem. Cale 24,5 km się zrobiło. Generlanie rowerek miodzio, a ubłocone i zmęczone dziecko, to szczęśliwe dziecko :D Może się jeszcze choć raz uda przed zimą właściwą...
Już jest! Wyczekany! Jest! Śliczny i wpaniały! Ma dwa kółka i kilka innych gadżetów ;) Nowy rowerek jest niesamowity! Byłam się oczywiście przejechać. Coś cudnego! Wszystkie krawężniki, górki saneczkowe i kilka schodów na osiedlu są moje! Nawet hopki w Parku Lotników zaatakowałam, ale było już za ciemno. Zupełnie inna jazda, zupełnie inna jakość, ten rower wiele wybacza! Ogłaszam konkurs na ksywę dla niego ;)
Miałam opowiedzieć skąd on się wziął, więc tak: jak mi tak kilka razy wszystko wytrzepało i trochę się zmęczyłam na górskim rowerowaniu, postanowiłam wymienić sprzęt. Było to chyba w czerwcu. Zaczęłam od ustalenia budżetu i próbowałam do niego dopasować jakiegoś sensownego, nowego hardtaila. Pojawiły się oczywiście marzenia o fullu, ale było to poza zasięgiem. Niesamowitą ilość czasu spędzałam w krakowskich sklepach rowerowych, na rowerowych forach i portalach internetowych, gorzej, że dalej nie wiedziałam o jaki rower mi chodzi. Aż tu nagle rewolucja w rowerowych poglądach - nie hardtail tylko full, nie nowy a używany, nie kupowany w Polsce a za oceanem. Zaczęło się przeszukiwanie amerykańskiego ebaya, długie i żmudne, miejscami mocno wkurzające... A jeszcze w międzyczasie okazało się, że mam problemy z rozmiarem ramy. Tylko geometria Speca sprawiała wrażenie odpowiedniej. No i sobie znalazłam śliczny rowerek, oczywiście grubo powyżej początkowego limitu cenowego. Zaryzykowałam, zalicytowalam i... wylicytowałam! Jakim cudem? - nie wiem :) Płynął sobie do mnie chwilę, ale dotarł i, jak na razie, wygląda na to, że warto było! Chwała wszystkim tym, którzy pomogli w tym skąplikowanym procesie zdobywania nowego roweru!
A tak w ogóle to dość ciekawie wyglądają trzy rowery w jednym pokoju.
Jeszcze w tym tygodniu jadę w górki! Będzie relacja z terenu i zdjęcia oczywiście :)
No i się odbyło 54. Lecie SKPG Kraków, moje siódme już. Taka impreza jest tylko raz do roku. Tym razem tatrzańcy zorganizowali ją w Groniu. Miłe i sympatyczne miejsce. Ale od początku. Zaczęło się od wesołego pociągu, kupa czerwonego luda załadowała się do wagonu i od razu odpaliła gitary i inne niezbędne gadżety ;) W Nowym Tragu przesiadka do autobusu i już na miejscu. Rozpoczął się tradycyjny, leciowy rytuał - my na próbę generalną kabaretu. Potem oficjalne beskidzko-tatrzańskie otwarcie, kolacja, znów próba kabaretu i to co w tym wszystkim najważniejsze: blachowanie nowych przewodników. Było tak, jak miało być. Zebraliśmy się przy ognisku, blachowani przyszli później w asyście kapeli i z pochodniami, hymn, przyrzeczenie, wkręcanie trójkątnych blach w swetry, gratulacje, wspólne zdjęcie i podrzucanie szefa kursu. Witajcie w Kole! Po blachowaniu ostatnia próba kabaretu i gramy! Rewelacyjny scenariusz, świetna reżyseria i aktorzy, co dali z siebie wszystko, no i super piosenki! Przewodnicka pomarańcza, czyli przewodnictwo beskidzkie receptą na światowy kryzys ekonomiczny. Wyszedł jeden z lepszych kabaretów w ostatnich latach! A potem noc była długa... Oj, mocna impreza się rozkręciła. Dnia następnego, nie takim rankiem strasznym odbył się tradycyjny mecz Tatry-Beskidy, w piłkę nożną oczywiście. No i jak zwykle tatrzańcy nam wtłukli 9:1, ale honorowy gol był, a jacy nasi bramkarze dzielni! Przy okazji Tatry było cudnie widać i zaczęliśmy się zastanawiać czy nie zmienić dyscypliny na siatkówkę. Po meczu do autobusu, z autobusu do pociągu, również wesołego i tak 54. Lecie SKPG już za nami. Czekamy na 55... To już za niecały rok!
I znów wylądowałam w komisji egzaminacyjnej na połówce, tym razem drugiej. Piątka kursantów nie mogła zdawać w terminie podstawowym, przyznano im drugi, więc trzeba było przepytać. Poszło szybko, sprawnie, tylko jakoś tak mało górsko. Snuliśmy się w ścisłych okolicach Limanowej i choć trasę zrobiliśmy "arcyambitną" tematyka egzaminacyjna była wyjątkowo różnorodna - od pierszowojennych cmentarzy po cudnej urody panoramy na Wyspowy. Wynik: trzy do dwóch :) Po zakończeniu egzaminu trzeba było stanąć przed ogromnym dylematem, co dalej zrobić z tak uroczym weekendem przy trzech ciekawych propozycjach. Co z tego w efekcie wyszło...
Odgrzebując gdzieś jakieś niewielkie pokłady zdrowego rozsądku postanowiłam weekend spędzić w domu w trosce o niezbyt idealne kolano. Podejrzewając, jak cudnie jest na Kasprowym z premedytacją nie poszłam do serwisu odebrać narty, żeby przypadkiem diabeł mnie nie podkusił na żadne turowanie. Ale nic z tego! Po dogłębnej analizie piątkowych zdjęć z góry narciarzy, około 1.00 w nocy zostałam spontanicznie namówiona na szybki, sobotni wyjazd. Nawet narty na tę okoliczność zostały bladym rankiem uwolnione z serwisu. Przy cudnych widokach na zakopiance, niespiesznie dokulaliśmy się do Kuźnic. Foki na wolność, a my na górę! Śniegu mnóstwo, słoneczko przyświeca, cud-miód. W tej uroczej, tatrzańskiej scenerii doczłapaliśmy powyżej Kotła Goryczkowego, na sam szczyt Kasprowego sensu nie było wyłazić, bo zjechać górnego odcinka by się nie dało, więc foki do plecaka, a my na dół. Śnieg trudny, jak dla mnie to w ogóle wyższa szkoła jazdy, gleba w białe i puszyste przy co drugim zakręcie, ale jakie to fajowe! Na nartostradzie plaża, zwłaszcza z tak genialnie nasmarowanymi nartami. Drugie w tym sezonie foczenie pierwsza klasa!
Czasem trzeba się trochę polenić, ale oczywiście w górach, więc powstała idea co by się wybrać do naszej Gorczańskiej Chaty, posiedzieć, ponicnierobić, nie ruszać zepsutym kolanem i zahaczyć jeszcze o imprezę z okazji 50. Weekendu w górach. Wyszedł nieprzeciętnie odrealniony weekend pod znakiem wielkiej głupawy ;) Zaczęło się od porannej kawy i mocno opóźnionego wyjazdu, potem było tylko śmieszniej. A na Chacie mnóstwo fajowych ludzi i dobra impreza, a potem słodkie lenistwo, czyli klasyczne szwędanie się z kąta w kąt. Oj, raz na jakiś czas to dobrze robi człowiekowi! :)
Wielka rewolucja w moim rowerowym grajdołku następuje, więc tak sobie pomyślałam, że kilka słów, jak to było i skąd to się wzięło umieścić tu należy.
Pierwszy był Reksio - piękny, seledynowy, dziecięcy rowerek w pierwszej fazie podparty dwoma dotakowymi kółeczkami. Ech, co to były za czasy! Potem, zaraz po kółeczkach pojawił się gruby, długi drąg sprawiony przez dziadka i wciśnięty za siodełkiem, a w zestawie był mój tata, który biegał za mną po osiedlu trzymając za ten kijek właśnie. Dobrze pamiętam wielką tragedię w postaci rozbitego kolana, jak tego drąga pewnego razu puścił. Jechałam na dwóch już kółkach, nie czterech, zupełnie sprawnie dopóki sobie nie uświadomiłam, że nikt mnie nie trzyma :) Jak już opanowałam trudną sztukę korzystania z dwukołowca to wszystkie alejki w okolicy były moje :D Jednak nadszedł ten moment, kiedy z Reksia wyrosłam.
Trzeba się było przesiąść na sprzęt o gabarytach ciut większych. A, że w domu stały już dwa urocze, dwudziestoletnie, czerwone składaki moich rodziców marki Wigry (nie Wigry 3). Jeden od razu zaanektowałam i jeździłam dużo, czasem tylko zazdrośnie spoglądając na BMXy, które pojawiały się u kolegów z klasy. Jaki smutek mój był wielki, jak pewnego dnia wracając ze szkoły zarejestrowałam na korytarzu pod drzwiami tylko trzy śrubki i pompkę... Roweru nie było. Do tej pory zastanawiam się kto się pokusił na taki złom, w którym wszystko skrzypiało. I tak była chwila bez roweru.
W końcu udało mi się przekonać rodziców, że ja bez roweru żyć nie mogę i pojawił się Zielony. Póbowałam dojść dokładnie kiedy to było, ale niestety pewna nie jestem, jakiś koniec podstawówki, więc wychodziłoby, że Zielony ma około 13 lat! Zielony to solidny rower Arkus Forester MTB - tak przynajmniej na nim pisze. Sztywniak z ciężką, stalową, obniżoną po damsku ramą, ale już jakiś napęd, jakieś przerzutki, hamulce i górskie opony. Jak ja się przy zakupie buntowałam - chciałam mieć rower z kontrą i wysoką, wygięta kierownicą, a tu mi jakieś takie wynalazki fundowali ;) Na początku nie jeździłam dużo, trochę po osiedlu i tyle. W zasadzie dopiero w liceum zaczęłam się wybierać "za miasto" - okolice Nowej Huty są fajne na rowerek i Jura też. Rozpoczęła się też era jeżdzenia do szkoły, a że daleko miałam to kilometrów w mieście nabijałam sporo. Z pewnymi przerwami podobnie moje rowerowanie wyglądało też na studiach. W zasadzie takie intensywne i bardziej ambitne podejście do tematu rowerowego to ostatnie trzy sezony - jeszcze więcej jeżdżenia, odkrycie górskiego rowerowego świata i bardziej uważne przyglądanie się rowerkowi. Niewiele orginalnych elemntów zostało w Zielonym. Jest to rower, na którym już jakieś tysiące kilometrów przejchałam, wiele serca w niego włożyłam, a on sporą dawką brudnego smaru mnie uraczył. Taki poligon doświadczalny, dzięki niemu zaczynam wiedzieć z czego rower tak dokładnie się składa i co zrobić, żeby jeździł lepiej.
W międzyczasie, jakieś kilka lat temu w domu pojawił się jeszcze jeden rower. Mama kupiła sobie dwukołowca z dużym napisem Magnum na ramie. Rowerek podobnej, niskiej klasy co Zielony, tylko lżejszy. W sumie to chyba ja zrobiłam na nim więcej kilometrów niż właścicielka ;)
Po kilku ambitnych górskich trasach i maratonie przejechanych na sztywnym widelcu zaczęłam się rozglądać za nowym, porządnym rowerem, na którym ambitne górskie jeżdżenie będzie zdecydowanie większą przyjemnością. I tak się poskładało, że płynie do mnie z drugiej półkuli cudny Specjalista. Jak przypłynie, a będzie to pewnie za jakieś trzy tygodnie, to opowiem dokładnie skąd on się wziął... Doczekać już się nie mogę!
Miały być tury na Kasprowym, ale śnieg sobie poszedł. Był pomysł na kolejne zakończenie górskiej kariery Zielonego w Makowskim, a skończyło się na uroczym, krakowskim weekendzie. Wszystko dlatego, że czasem trzeba zostać w domu. Wartało skorzystać z okazji i poświęcić dłuższą chwilę Zielonemu. Młody, prężny i śliczny specjalista płynie sobie przez wielką kałużę, a Zielony w oczekiwaniu przygotowuje się do miejskiej emerytury. Należała się wymiana kasety z wolnobiegiem, więc pół napędu rozkręciłam, piastę przy okazji i przez przypadek też. Wiem już ile kulek jest w łożysku, ale przy odkręcaniu wolnobiegu poległam. No niestety nie dość, że nie posiadam klucza ku temu, to imadła też brak. Trzeba było wziąć koło pod pachę i zawędrować do miłego pana w serwisie, który te niezbędne narzędzia posiadał, a przy okazji trochę siły i to ustrojstwo odkręcił. Zanabyłam też tubkę smaru teflonowego i do tej pory zadaje sobie dwa pytania: dlaczego ten smar jest różowy? i dlaczego nigdy nie kupiłam sobie kremu do twarzy w takiej cenie, a smar do roweru i owszem? No więc po zgłębieniu konstrukcji piasty i złożeniu jej do kupy, nakręceniu nowego wolnobiegu i kasety, udało się skręcić koło w całość i to razem z resztą roweru. A! w międzyczasie zostały zamontowane dwa nowiutkie pedały, przedni blotnik, dzwonek na krnąbrnych pieszych łażących po ścieżkach rowerowych i nowe światełko, bo zgubiłam już trzecie w tym sezonie. Na koniec smarowanie, pompowanie, regulacja hamulca i przerzutek, no i cud-miód rowerek nie do poznania :) Jeszcze tylko trzeba testy w terenie zrobić czy aby na pewno koło jest dobrze zamontowane i miejska kariera stoi przed Zielonym otworem. No, w zasadzie to ją daaaaawno rozpoczął, ale teraz to już tylko i wyłącznie będzie czuł pod kołami krakowskie asfalty. Zwięczeniem całej metamorfozy będzie jeszcze nowe siodełko. Opon na razie nie zmieniam, może ewentulanie na wiosnę.
Zielony to naprawdę fajny rower! :)
Małe uzupłenienie: Zielony jak nowy! Koło mi nie odpadło. Dlaczego ja wcześniej nie zrobiłam tego remontu? Nawet mi się przez przypadek udało zlikwidować luz w napędzie! Jestem z siebie dumna! ;) Jeszcze tylko poprawić smarowanie i regulacje tylnej przerzutki i będzie git!
Tak się złożyło, że w tym roku po raz pierwszy dostąpiłam zaszczytu egzaminowania na połówce i to ponoć jako pierwsza kobieta w historii SKPG. I tak w towarzystwie trzech już doświadczonych Szanownych Egzaminatorów, lekko zestresowana stawiłam się sobotnim rankiem na miejscu zbiórki. Do przepytania 14 kursantów - mało. Pierwszego dnia męczyliśmy w Makowskim - z Harbutowic, przez Koskową do Żarnówki. Trasa pod hasłem: 154 rodzaje mgły, deszczu i krzaków. A zdającym całekiem nieźle szło. Wieczorkiem najfajniejsza część połówki, czyli połówka, a raczej więcej niż kilka połówek ;) Niedzielny ranek przywitał nas przedzierającym się przez mgłę słoneczkiem, więc na Babią! (na którą w efekcie i tak nie dotarliśmy). Mogłoby się wydawać, że Babka to taki samograj przewodnicki, ale w odpowiedziach kursantów jakoś ciężko było znaleźć potwierdzenie tej teorii. Gwiazdorskich popisów nie stwierdzono, ale za to nowe schronisko na Markowych można było oglądnąć, na góry z wysokości w końcu popatrzyć i egzaminacyjnych bojów z panoramami wysłuchać. Nadszedł jednak czas podsumowania zmagań, takie ocenianie to wcale nie taka prosta sprawa, w efekcie 12 kursanckich duszyczek ma szanse walczyć o blachę dalej.
Cóż, pierwsze koty za płoty. Muszę przyznać, że bycie w komisji egzamiancyjnej na egzaminie praktycznym to bardzo ciekawe doświadczenie. Stwierdzenie czy ktoś się na przewodnika nadaje lub nie wcale takie proste nie jest.
